One Man Show

Myślę, że każda kobieta była na takiej randce. Każda zna ten typ faceta: ONE MAN SHOW*. Poznajecie się i umawiacie na pierwszą randkę. Wszystko zapowiada happy ending story. Facet wpisuje się idealnie w ramkę Waszych wspólnych zdjęć ślubnych, więc podążacie na tą randkę uradowane. Chcecie, aby wypadła ona dobrze, aby ociekała zajebistością i wtedy się zaczyna. Facet gada, gada i gada. A jak już skończy... A nie, wróć - on nigdy nie kończy!!! To wy kończycie się psychicznie. Nie zadał Wam ani jednego pytania, a jeśli już cudem powiedziałyście cokolwiek, to tylko pokiwał głową, a potem gadał, gadał i gadał. Cała uwaga w jego stronę, a wy jesteście tam jedynie po to, aby oglądać jego przedstawienie.

Może chciał wypaść dobrze. Może myślał, że to rozmowa rekrutacyjna. Może starał się zabłyszczeć. Dlatego opowiedział Wam wszystko: przechodząc od trudnego dzieciństwa, kolegów, szkołę po aktualny stan zdrowia, swoje byłe, aż do momentu jak ciężko obecnie znaleźć normalną dziewczynę  i jak się wymienia koło w samochodzie...

Wy siedzicie, w myślach licząc, ile on wam powinien zapłacić, gdybyście były psychoterapeutą, który musi tego wszystkiego wysłuchać, a także ile wy powinnyście zapłacić za bilet na ten teatr jednego aktora. Pal licho, jak jest to stand up i coś się pośmiejecie albo chociaż zapłacił za Waszą kawę - gorzej jeśli za kawę zapłaciłyście same, a stand up zmienia się w zwykły monodram.

Znacie to?

Ja znam. Z kilku randek, ale dziś opowiem Wam jedną z nich. Taką number one w tej kategorii. Taką, której nawet za dopłatą nie powtórzyłabym, bo wyszłam z niej tak zmęczona, jakbym przerzuciła tonę węgla. Była to jedyna randka w moim życiu, gdzie idąc do toalety, skręciłabym w bok w stronę wyjścia, ale problem był taki, że siedzieliśmy tuż obok niego. Jestem bardziej Kung Fu Pandą niż ninją, dlatego nie umiałam wyjść niezauważona.

Bartek - tak miał na imię. Poznaliśmy się na portalu randkowym. Umówiliśmy się w kawiarni. Na pierwszy rzut oka: świetny mężczyzna! Wysoki, przystojny, bezdzietny kawaler, rok młodszy ode mnie, skończył technologię chemiczną, ale obecnie pracował jako projektant (lustra, meble itd). Zainteresowań cała masa! Pisał o nich jeszcze na portalu: nauka rosyjskiego, góry, rower, basen, szachy, modele samolotów... mogłabym wymieniać bez końca...

Czego chcieć więcej? Czy ta randka mogła się nie udać?

Otóż, życie to czasem żartowniś i owszem, mogła.

Usiedliśmy przy kawie i zaczął gadać. Gadać i gadać. A potem gadać i jeszcze raz gadać. Jeśli dałoby się zagadać kogoś na śmierć, to pewnie dziś nosilibyście chryzantemy złociste w półlitrówce po czystej na mój grób. Naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby to co mówił miało sens, puentę, cytaty Paulo Coelho albo chociaż suchary Karola Strasburgera. A mówił mniej więcej tak:

"No widzę, że fajna dziewczyna jesteś i pisałaś, że na basen chodzisz. No ja też chodzę, nawet coś tam pływam trochę. Ale nie tak, że umiem, bardziej się uczę. Ale basen w ogóle to fajna sprawa bo można się zrelaksować. (...) W sumie to teraz uczę się pływać żabką, ale wiesz co ciekawe? Tu Cię zaskoczę! Bo pewnie nie wiesz, ale żabką można pływać tak, żeby mieć raz głowę pod wodą, a raz nad. Tak zanurzać się co chwilę... Nie, że cały czas głowa nad wodą i pływasz. Bo to łatwe jest. Ale co ciekawe! Tu też Cię zaskoczę, bo jak płyniesz zanurzając głowę to płyniesz szybciej! Ja właśnie tak się uczę, z zanurzaniem. Tylko, że sam się uczę. Oglądam różne filmiki na internecie. Patrzę też co ludzie robią na basenie i też tak robię (...)...

No co tam jeszcze... No pisałem Ci, że tego rosyjskiego się uczę. No więc ten rosyjski to fajna sprawa. Bardzo mi się podoba ten język. Lubię słuchać jak ludzie w nim rozmawiają. Może też tak kiedyś będę mówił biegle. Na razie to się uczę sam w domu. Powtarzam sobie słówka, zwroty, a potem sam siebie poprawiam. Coś się nauczę, potem powtórzę, a jak źle mówię to sam się poprawię. (...) Ciekawe ile mi zajmie nauka tego tak, żebym mówił biegle po rosyjsku, ale tutaj też coś fajnego Ci powiem. Zaskoczę Cię, bo nie wiem, czy wiesz, że niektóre rzeczy to się inaczej pisze, a inaczej czyta. Jak się uczysz języków, to tak właśnie czasem jest, że Tobie się wydaje, że coś jest tak napisane, a to inaczej się wymawia (...)...

No co tam jeszcze, bo widzę, że jesteś fajna dziewczyna. Podobno w szachy grasz?"

WOW! Powiem Wam takie WOW, jakie robi rolnik dostając dopłatę unijną! Jest pytanie do mnie! Może coś wygram! Może nie będzie tak źle, więc odpowiadam: "Tak, ale..." i nie dokończyłam:

"No to super, bo właśnie widzę, że inteligentna też jesteś. No super, ale to niesamowite taka gra! Dla mnie to trochę czarna magia, bo dopiero ogarniam te zasady. Gram sobie czasem na komputerze. Pewnie Ty to umiesz tak grać, że przewidujesz ruchy przeciwnika - kilka ruchów do przodu, a ja to tak jeszcze nie umiem. (...) Lepiej mi idzie składanie tych modeli z samolotów, co Ci pisałem o tym, że to robię w wolnych chwilach. Bo ja widzę, że fajna dziewczyna jesteś, to pewnie chciałabyś wiedzieć jak to się składa. Ja to składam z takich części, które zamawiam na internecie. No i składam kilka dni powoli, a potem jak już jest gotowy, to muszę go pomalować, ale ja nie umiem malować, to tak byle jak maluję. Może kiedyś będzie mi to lepiej wychodzić, tak jak to składanie, no ale nie każdy ma przecież talent do malowania(...) No i co jeszcze..."

On gadał. Ja słuchałam.
On gadał. Ja spoglądałam na zegarek.
On gadał. Ja w myślach powtórzyłam całą matematykę z podstawówki, przypomniałam sobie inwokację i analizowałam co kupię za ten milion, który zarobię, jak już wreszcie będę sławna.

Ciężko było znaleźć moment ciszy, aby mu przerwać ten monolog, ale w końcu się udało i powiedziałam: "Kurczę, ale jest już późno, trzeba się zbierać." On zapytał:

-Już? No szkoda, fajne to spotkanie było, a widzę, że fajna dziewczyna jesteś, to mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze. W sumie ja Ci dałem swój nr telefonu, a Ty mi nie. Może mi go dasz teraz?

I tu możecie zalać mnie falą hejtu, na której spróbuję zasurfować, bo odpowiedziałam jak typowy mężczyzna, na którego narzekają miliony kobiet na całym świecie:
"Zadzwonię" i jak się domyślacie - nie zadzwoniłam...

* być może istnieje też odmiana żeńska tego "zjawiska", ale nie wiem, z kobietami nie randkuję.









Czytaj dalej »

Mistrz Zen - czyli potęga świadomości na randce

Poznałam go na portalu randkowym. Mistrz Zen zagadał do mnie, chwilę porozmawialiśmy, a  potem zaproponował spotkanie. Facet w moim wieku, wysoki, kawaler, bez dzieci, przystojny - czyli kandydat taki, że "już mi niosą suknię z welonem"!

Miejsce spotkania wybrał nietypowe - pomnik w zaułku parku, którego nawet nie kojarzyłam. Ale nie wybrzydzając (w końcu już mi niosą suknię z welonem), pojawiłam się tam na czas, on także i razem udaliśmy się do pobliskiej knajpki na herbatę. Przez internet był dość tajemniczy, dlatego w trakcie drogi zadałam mu kilka pytań, na które odpowiadał dość humorystycznie, co bardzo mi się spodobało. Początek zapowiadał całkiem udaną randkę.

Doszliśmy do wybranej  knajpki, gdzie Mistrz Zen zaproponował stolik. Ja usiadłam, a on poszedł złożyć zamówienie do baru. Nie minęła chwila, a czar tej randki zaczynał pryskać, niczym spray na komary w letni dzień.

Siedziałam spokojnie przy stoliku myśląc, jaką to suknię z welonem będą mi nieść, ale z zamyślenia wyrwał mnie "krzyk" Mistrza Zen. Otóż z herbatą musiało być coś nie tak, bo Mistrz kłócił się dość wymownie i głośno z barmanem. Wszyscy patrzyli na tę scenę, ja również ale zanim zdążyłam schować się ze wstydu pod stolik, Mistrz podszedł z herbatą do mnie i jak gdyby nigdy nic, zaczął wesołą rozmowę. Zapytałam więc nieśmiało: co tam się właśnie stało przy barze? On odpowiedział, że ten facet to zwykły cham i prostak, bo Mistrz Zen zażyczył sobie, aby barman przyniósł nam do stolika herbatę, a ten skomentował to jedynie tym, że tutaj jest samoobsługa i nie przyniesie. No nic... może rzeczywiście ten barman przesadził i był chamem, a mój towarzysz uratował nas przed napluciem do herbaty, tsunami albo inną klęską żywiołową. Zaczęliśmy, więc rozmawiać...

Mistrz Zen rozpoczął od opowieści jak to ćwiczy swoją świadomość. Wyczytał w jakiejś książce, że można tak wyćwiczyć swój umysł, aby w momencie, gdy jest zimno, ciało odczuwało gorąco. Dlatego, jego pomysłem na najbliższe życie jest owinięcie swojego nagiego ciała mokrym prześcieradłem i wyjście w takim ubraniu na mróz. Po czym siłą swojej świadomości będzie robił tak, żeby było mu ciepło, aż prześcieradło wyschnie. Zapytałam, więc jak on to trenuje? Na co on odpowiedział, że na razie nalewa zimną wodę do wanny i wchodzi do niej, a potem siłą swojej świadomości robi tak, aby mu było ciepło. Ja przytaknęłam i szybko uniosłam filiżankę z herbatą, aby pijąc ominąć chwilę, w której powinnam to skomentować. Lecz to był błąd...

W tym momencie Mistrz Zen wziął spodek od mojej filiżanki, który został na stole, po czym walnął nim z całej siły o blat. Już wtedy wiedziałam, że chyba nie tak prędko mi niosą tą suknię z welonem. Zapytałam: Co to było? Co to się właściwie stało? Na co on do mnie:

-Słyszysz jak ten debil barman głośno parzy tą kawę? Specjalnie ekspres tak głośno włącza! Na złość mi! Zakłóca tym moje myśli...

Zapytałam, więc w czym zawinił ten mój spodek, przecież to barman! A on odpowiedział, że w ten sposób okazuje swój sprzeciw co do zachowania tego chama i prostaka. Zrobiłam kolejny wielki łyk herbaty, zastanawiając się co tu się tak właściwie odjebowuje i czy to nie jest jakaś ukryta kamera? WTF, czyżbym już była sławna?

Nagle Mistrz Zen ni z tego, ni z owego zapytał, czy widzę ten obraz z widokiem na morze, wiszący naprzeciwko nas. Ja przytaknęłam, bo rzeczywiście on tam był  - nie tylko w jego świadomości. Wówczas Mistrz powiedział:

-To teraz, pomilczmy chwilę i pokontemplujmy ten obraz razem!

Znowu przytaknęłam i milczałam. Kontemplując morze, zastanawiałam się WTF razy 10?! Nie ma szans! Muszę być w ukrytej kamerze. Albo on coś ćpa. Czy wypada iść z randki po 15 minutach? Czy ten facet rzuci we mnie spodkiem, jeśli teraz wyjdę? Jednak moją kontemplację przerwał Mistrz, dość ostro i stanowczo mówiąc do mnie:

-Pijże tą herbatę szybciej!!!

Ja nieśmiało zapytałam: a dlaczego? Na co on odpowiedział, że ma dzisiaj takie zen, gdzie musimy dużo chodzić i najlepiej jakbyśmy sobie pochodzili po kilku kawiarniach. Pokiwałam głową, wypiłam i po 10 minutach byłam gotowa do drogi (bardziej do domu, niż do innej kawiarni, ale co tu dużo kryć - bałam się tych latających spodków!) Nie chciałam pogarszać jego zen, więc zapytałam czy może nie przeszlibyśmy się kawałek na spacer? (lepsze to niż kolejna kłótnia z barmanem). On się zgodził i spacerowaliśmy. Idziemy przez park. On opowiadał o książkach jakie ostatnio czytał, wszystkie jak się okazało o tematyce erotycznej. Ja powiedziałam, że też dużo czytam, ale inna tematyka. A on wtedy do mnie mówi:

-O super! To będzie za to nagroda!

Takich cudów się nie spodziewałam, więc zapytałam: jaka? On odpowiedział:

-Chwila przyjemności.

Ja dość zmieszana powiedziałam: ale, że jakiej niby przyjemności?

- No wiesz jakiej! Sama ode mnie tego oczekujesz!

No, głupia ja - Grażynka! Nie zorientowałam się, że chodzi o tą przyjemność, którą ja od niego oczekuje, czyli tabliczki czekolady z orzechami, paczki Cheetosów i oglądania Bridget Jones w wytartych dresach! Więc humorystyczne zapytałam, czy o to mu chodzi, a on do mnie, że nie i że zepsułam cały nastrój, który był.  Nie załapałam jednak. Chyba nie tych przyjemności oczekiwałam.

Szliśmy, więc dalej przez park. W pewnym momencie minęliśmy 3 dziewczyny, które telefonem robiły zdjęcia jakimś kwiatkom wiewiórkom itp. I uwaga! Skupcie się! Przechodziliśmy obok nich, a Mistrz Zen rozmawiał ze mną, w tym samym czasie wyciągnął telefon i zrobił zdjęcie tym dziewczynom. Po czym szybko go schował i wrócił do rozmowy ze mną jak gdyby nigdy nic.... WTF x milion?! Zapytałam go: co to się właściwie stało?  A on mi odpowiedział, że skoro one mogą bezkarnie robić zdjęcia w parku to on też! Może się czegoś nauczą, że tak się nie robi.

Już oficjalnie zapytałam Mistrza Zen, co on ćpie i za ile? A on zaproponował, żebyśmy poszli do niego do mieszkania po tą obiecaną nagrodę. Ja odmówiłam i dodałam, że idę do domu. On na to, że skoro tak, to on też idzie i będzie w domu książkę czytać. Pożyczyłam mu zatem miłej lektury i zaczęłam iść w stronę mojego przystanku. On na odchodnym zapytał jeszcze, czy na pewno nie idę z nim do mieszkania, bo mogłoby być fajnie i poczytamy książkę i on ma hamak i w ogóle on wie, czego ja chciałam umawiając się z nim i on mi to może dać! Znowu odmówiłam tłumacząc, że muszę spróbować siłą swojej świadomości wymazać tę randkę ze swojego życia i to jest ważniejsze niż jakieś tam przyjemności, bo mam dzisiaj takie zen.

Wracając do domu nie mogłam dojść do ładu w mojej głowie, w czym ja tak naprawdę uczestniczyłam? Patrzyłam potem na Youtube, Pudelka ale nie... To nie była ukryta kamera. Nie jestem jeszcze sławna. To była tylko zwyczajna randka z Mistrzem Zen.





Czytaj dalej »

Król Tindera

Ta randka była inna niż wszystkie. Jedno szybkie kliknięcie na Tinderze, krótka wymiana zdań i po chwili padła propozycja spotkania. Taka randka w ciemno.

Umówiliśmy się na kawę w jednej knajpce. Mój towarzysz okazał się dość sympatycznym, ale niezbyt atrakcyjnym facetem. Miły, dobrze ubrany, ale bez polotu. Jak bardzo pozory mylą - o tym się właśnie dowiecie...

Po 15 minutach całkiem fajnej rozmowy o różnych pierdołach, zapytał, czy jak wypijemy kawę, to skoczymy autem na wycieczkę po mieście. Odmówiłam, bo wydawało mi się to dość dziwną propozycją, a poza tym jednak staram się na takich randkach, dbać o swoje bezpieczeństwo. On przytaknął i dalej rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.

 Jednak kilka minut później usłyszałam coś, co zmieniło charakter tego spotkania:

-Od tego co Ci teraz powiem będzie zależało, jak potoczy się dalej cała nasza znajomość. Bo sprawa wygląda tak....

...że w Warszawie jest Monika, w Gdańsku Iza, we Wrocławiu Zuza,...

Doliczył do ośmiu. Wszystkie są jego dziewczynami. Oczywiście chodzi głównie o seks. On je zaspokaja, ale żadna z nich nie może liczyć na wyłączność. Wszystkie się znają, lubią, rozmawiają. Jest grafik, kiedy u której spędza czas (ma pracę polegającą na ciągłych wyjazdach - stąd ta rozbieżność miejsc). W naszym mieście są dwie, ale przez to, że widuje się z nimi częściej niż z innymi, to one się zakochują. Według niego właśnie te są najgorsze, bo wtedy zaczynają robić sceny i stawiają ultimatum, żeby zerwał z innymi. A on tak nie może, dlatego te dwie częściej się rotują niż inne. Właśnie ostatnio jedna z nich się zakochała, robi sceny, śledzi go i on musiał z nią zerwać, więc szuka kogoś na jej miejsce. Stąd też pytanie: czy ja nie chciałabym wejść na jej miejsce?

Warunki układu są super. Jedna z nich pracuje w koncernie farmaceutycznym, więc załatwia wszystkim tabletki antykoncepcyjne. Co 2-3 miesiące wszyscy się badają, ponieważ one też mają po kilku chłopaków. On zawsze ma ze sobą tabletkę "dzień po". Niebawem wszyscy razem jadą na wycieczkę w góry, więc jeśli bym się pisała na to, to mogłabym jechać z nimi! (wow! wycieczka!) Urlop też z każdą spędza, zatem niebawem z trzema z nich jedzie do Budapesztu, ale tam z żadną nie sypia, bo nie chce żadnej faworyzować (rzeczywiście dba o te dziewczyny!) Potem one jadą do domu, a do niego tam przyjeżdżają kolejne dwie, z którymi udaje się do Dubaju - tylko wtedy już będą sypiać we trójkę, bo one są bardziej wyluzowane.

Profity tej znajomości są duże. On gwarantuje satysfakcje seksualną. Dostosowuje się do kobiety. Zawsze wysłucha, doradzi, pomoże - będzie idealnym chłopakiem, zero kłótni o cokolwiek nawet o rzucanie brudnych skarpetek! Chłopak ideał - tylko, że zawsze będzie się tą jedną z kilku. Podobno, gdy jedna rezygnuje z tego układu, czasem poleca go koleżance - taki z niego świetny facet!

Jego plan na przyszłość zakłada dziesięć takich dziewczyn. Chociaż żalił się, że nie jest łatwo. One ciągle chcą seksu, a on czasem chciałby bez, bo jest już zmęczony tym. No, ale jako chłopak musi je zaspokajać - taki obowiązek, a żadna nie może być pokrzywdzona. Opowiadał również, że one między sobą rywalizują - o miano tej najlepszej, dlatego jak przyjeżdża do którejś, to ona mu gotuje, daje prezenty, pieniądze. Generalnie żyje jak król na utrzymaniu kilku kobiet.

Chłopak kazał mi przemyśleć temat, czy chce w to wejść. Ewentualnie, jeśli nie to zawsze mogę zostawić sobie jego numer i dzwonić w razie, gdyby mi mężczyzna był potrzebny - po koleżeńsku. On rozumie, że los samotnej kobiety jest ciężki. Powinnam mieć też na uwadze, że jeśli się nie zdecyduje szybko, to on w tym tygodniu ma jeszcze cztery takie spotkania.

Wysłuchałam tego wszystkiego, zastanawiając się czy to żart, czy ten dość nieatrakcyjny fizycznie mężczyzna, ustawił się na większość swojego życia. Jeśli nie ściemniał to zasługuje bezapelacyjnie na miano Króla Tindera!

Grażynka jednak nie należy do kobiet bogatych. Nie stać mnie na luksus w formie posiadania utrzymanka, więc ładnie podziękowałam za współpracę i udałam się do domu, próbując ogarnąć, co to mnie właśnie spotkało...

Czytaj dalej »

Dlaczego Cejrowski chodzi boso? - czyli na randce z Koksem

Koksa poznałam na portalu randkowym. Z zawodu kierowca, prywatnie miłośnik siłowni. Z pisania wydawał się być ciekawym człowiekiem. Chwilę pogadaliśmy, mieliśmy nawet się umówić, ale z dnia na dzień przestał się do mnie odzywać. No nic, i tak się zdarza... Tyle, że Koksu wrócił po dwóch miesiącach. Odezwał się do mnie: "Co tam? Jak tam?" Przyznam, że trochę mnie to zdziwiło, ale odpisałam. Moja ciekawość zwyciężyła. Koksu zaproponował kawę, więc się umówiliśmy.

Na żywo Koksu trochę mnie zaskoczył, ponieważ nie był aż tak przypakowany jak na zdjęciach (a z tego co opowiadał większość czasu spędzał na siłce), a w dodatku nie miał połowy jednego przedniego zęba, co skrzętnie ukrywał na wszystkich swoich fotkach. Możliwe, że stracił go na wojnie albo w innej ważnej walce o honor jakiejś księżniczki.

W każdym razie poszliśmy na kawę do jednej z kawiarni. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy "rozmowę". Koksu opowiedział jak wygląda typowy dzień na siłce. Kiedy robi się rozgrzewkę, co to martwy ciąg i jak ćwiczy swojego bicka. Ja poprzytakiwałam, bo aż tak na siłownianych tematach się nie znam. A jak się okazało oprócz siłowni z Koksem nie było o czym rozmawiać. Ożywiał się tylko na wspomnienie o tym. Więc rowerki, bieżnia, ciężary....

Szukając tematów do rozmowy powiedziałam, że ja sporo czytam i zapytałam, czy on coś czyta? Odpowiedział, że tak, gazety. Książki nie są dla niego. Chociaż raz zmusił się do przeczytania jednej. Cejrowskiego. I była super. Postanowiłam podrążyć ten temat (w końcu może jakiś wspólny!) i zapytałam:

-To co, ciekawego się dowiedziałeś z tej książki?

Na co Koksu odpowiedział:

-A to wiesz.. różne ciekawe rzeczy tam były. Bardzo ciekawa książka. Można poczytać, coś ciekawego się dowiedzieć, bo tam ciekawostki różne były opisane. Bardzo ciekawe.

Zapytałam:

-Ale co na przykład ciekawego się dowiedziałeś?

Więc Koksu zaskoczył mnie ciekawostką:

-No na przykład nie wiem czy wiesz, że są na świecie takie plemiona, które żyją zupełnie inaczej niż my. Nie mają prądu, gazu, bieżącej wody. I takie plemiona istnieją. Serio! I Cejrowski pisze właśnie o takich plemionach. I to jest ciekawe. Bardzo ciekawa książka.

Nie umiałam skomentować tej wypowiedzi, więc zmieniłam temat. Zapytałam Koksa, czemu kiedyś pisał ze mną, a potem przestał się odzywać, po czym teraz powrócił. Odpowiedział, że nie będzie ukrywał (plus za szczerość), że kogoś poznał, ale ta relacja nie wyszła. W ciągu tych ostatnich dwóch miesięcy milczenia, wyjechał z tą kobietą na wakacje na Teneryfę. Ale z tego co opowiadał: to straszna kobieta była! No, bo na przykład jak mieli jechać na wakacje to ona się przeziębiła. I na tej Teneryfie marudziła, że źle się czuje, że chce poleżeć w hotelu, a nie na plaży. Wyobrażacie to sobie? Na Teneryfie?!  On też sobie tego nie wyobrażał i jej powiedział: "Kobieto, jesteś na Teneryfie, więc nie marudź!" - ale ona dalej marudziła i źle się czuła... A po powrocie nie było lepiej. Podobno czasem po pracy dzwoniła do niego i żaliła się na swojego szefa albo, że ma zły dzień. A on nie rozumiał po co ona do niego dzwoni, takie pierdoły mu opowiadać. Kobiety nie powinny marudzić - taka zasada Koksa.

To też ciężko mi było skomentować, więc uczepiłam się Teneryfy. Pomyślałam, że może tutaj znajdziemy z Koksem jakiś (chociaż jeden) temat do rozmowy. Powiedziałam, że ja nie byłam nigdy na Teneryfie i żeby opowiedział jak tam jest. Co ciekawego widział i czy coś zwiedził. Koksu odpowiedział:

-A to różne ciekawe tam rzeczy są. Naprawdę warto jechać i zobaczyć. Super tam jest. Dużo ciekawych miejsc. Można pooglądać, pozwiedzać. Naprawdę ciekawie. Super!

Zatem dowiedziałam się, że Teneryfa jest warta odwiedzenia i bardzo ciekawa - zawsze coś! W zasadzie oprócz Teneryfy, Cejrowskiego oraz siłowni nie mieliśmy o czym rozmawiać. To były jedyne wątki w tej rozmowie, które jakoś się potoczyły, bo każdy inny temat nie dał się posklejać. Zatem ta randka skończyła się szybko i przy obopólnym wypaleniu.

Pożegnaliśmy się ładnie z Koksem, życząc sobie wzajemnie powodzenia w szukaniu miłości i każde poszło do swojego świata. On pewnie na siłkę, a ja do domu trochę pomarudzić, że to nie ja widziałam te ciekawe rzeczy na Teneryfie z Koksem. Tylko żal mi trochę Cejrowskiego. Nie czytam za bardzo jego książek, ale jeśli ich przekaz jest taki, że niektórzy ludzie na świecie żyją inaczej niż my - to wcale nie dziwię się, że nie stać go na buty...




Czytaj dalej »

Mateo, czyli zagadka podwójnego mężczyzny

Dziś odpowiem Wam o Mateo. Poznałam go na portalu randkowym. Pisaliśmy ze sobą długo, zanim doszło do spotkania. Rozmowa przez internet kleiła się, a Mateo wydawał się być naprawdę świetnym facetem. Starszy o rok, poukładany, z konkretnymi planami na przyszłość. W końcu umówiliśmy się na randkę.

Gdy na nią dotarłam, Mateo przywitał mnie piękna białą różą i wybraliśmy się na kawę. Mateo zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Kulturalny, wygadany, wesoły. Cała randka przebiegała lekko, fajnie i przyjemnie. Dużo rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czas leciał tak szybko, że aż żal było się rozstawać. Naprawdę, po tej randce myślałam, że spotkałam fajnego faceta, z którym rzeczywiście chciałabym utrzymywać kontakt. Wreszcie strzał w dychę! Jak bardzo się myliłam - o tym Wam teraz opowiem.

Wszystko zaczęło się tuż po randce. Mateo napisał do mnie wiadomość, że dawno nie poznał takiej fajnej dziewczyny jak ja (ja, Grażynka, fajna!) i generalnie chciałby kontynuować tą znajomość (yes, yes, yes!). Ja również odpisałam mu, że bawiłam się wyśmienicie i mam nadzieję, że niebawem jeszcze się spotkamy.

Na następny dzień dostałam od Mateo wiadomość, w której zakomunikował mi, że blokuje konto na portalu randkowym, bo już ma dość randkowania, a skoro poznał mnie, taką fajną dziewczynę, to chciałby na tej znajomości się skupić. Ja przytaknęłam i zrobiło mi się miło, że facet pisze mi takie rzeczy. Z ciekawości nawet sprawdziłam i rzeczywiście, Mateo zablokował swoje konto randkowe! No to jestem farciara. Fajny facet, zainteresowany i skupia się na znajomości ze mną. Brawo ja!

Na następny dzień weszłam ponownie na portal randkowy i ku mojemu zdziwieniu, przy profilu Mateo wyświetlił mi się zielony znaczek "online". Jak się okazało, Mateo w przeciągu ostatnich kilku godzin, odblokował swoje konto. Trochę mnie to zdziwiło, bo po uroczystym komunikacie, że on kończy z portalami i skupia się na mnie, nagle 24h później jednak na nie wraca. Wtf? No ale nic...

W ten sam dzień dostałam od Mateo wiadomość: "Hej! Co tam u Ciebie? Jak mija dzień?". Uradowana odpisałam mu co i jak, i nagle po chwili dostałam odpowiedź: "No cześć! Fajnie, że piszesz. U mnie wszystko w porządku. A co u Ciebie?". Kolejne wtf? To ja odpisałam, czy pisałam do niego? Po tej wiadomości zaczęłam się zastanawiać: ilu jest tych Mateo? Jeden usuwa profil, drugi nie. Jeden do mnie pisze, drugi myśli, że to ja do niego piszę? Może to jakaś pomyłka, a może Grażynek też jest więcej? Wiem, cieszylibyście się z tego, ale Grażynka jest tylko jedna, więc to może Mateo jest więcej?

W kolejne dni wymieniałam z nim wiadomości. Z którym z dwóch Mateo? Różnie to bywało. Jeden mi pisał, że jestem super, że chciałby mieć taką dziewczynę jak ja i że się zaangażował w tę znajomość. Gdy ja mu na to odpowiadałam coś w stylu: przecież dopiero się poznajemy i zobaczymy co będzie, to z kolei drugi Mateo pisał mi, że powinnam bardziej na luzie do tego podchodzić i o co mi w ogóle chodzi z tym angażowaniem? Wtf? Jeden Mateo z sercem na dłoni, romantyk, strasznie otwarty, a drugi Mateo na luzie, nic ode mnie nie chce, a ja za dużo sobie wyobrażam. Coraz częściej bałam się mu cokolwiek napisać.

Kulminacyjny moment nastąpił jednak, gdy umówiliśmy się na drugą randkę. Przed nią Mateo napisał do mnie, że ma taką pracę, w której musi mieszkać w dwóch miejscach. Część tygodnia spędzał w naszym mieście, a na część tygodnia musiał wyjechać do innego (czyli jeden Mateo mieszka tu, drugi tam - to by potwierdzało teorię, że jest ich dwóch). Zapytał, jak ja to widzę, czy nie przeszkadza mi teraz taki związek na odległość? Byłam w szoku, gdy usłyszałam słowo "związek", dlatego napisałam mu, że: "no zobaczymy jak to będzie". I tutaj przesadziłam....

Mateo odpisał mi dość chamsko, że on nienawidzi ludzi, który mówią, że "zobaczymy", bo to znaczy, że ja podchodzę do tematu niepoważnie! I go olewam! Odpisałam, że przecież my się mało znamy, żeby o "związku" mówić i jeśli nam wyjdzie "spotykanie się", to wtedy będziemy rozmawiać o tym. Na co dostałam odpowiedź:

"Dziewczyno, o czym Ty mówisz? Jaki związek? Chyba za dużo sobie wyobrażasz! Ledwo się znamy, a Ty już o związkach mówisz. Jesteś nienormalna!"

Po tej wiadomości dodał jeszcze, że kolejna randka jest odwołana i on kończy tę znajomość, bo z taką wariatką, która wyobraża sobie nie wiadomo co i wrabia go w związki po jednej randce, on się umawiać nie będzie. Nie wiem któremu Mateo, ale odpowiedziałam na to:

"To papa".

I tak zakończyła się ta znajomość. Do dziś nie mam pojęcia, ilu było tych Mateo w jednym Mateo. Przysięgam, na randkę przyszedł tylko jeden! Tym mnie zmylił....


Czytaj dalej »

Jak długo żyje świnka morska? - czyli historia jednej znajomości...

Tym razem nie będzie to randka. Opowiem Wam historię jednej krótkiej znajomości.

Zaczęło się od tego, że wybrałam się z koleżanką na szybkie randki. Około 10 rozmów, każda po 5 min i tak poznałam jego. Spodobał mi się od razu. Wygadany, ładnie ubrany, przystojny. Umówiliśmy się na randkę.

Pierwsze randki bywają różne, ale ta na początku była wyjątkowo fajna. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Czas upływał miło, aż do momentu, gdy zaczęliśmy rozmawiać o zwierzętach. I wtedy usłyszałam historię, jak to Mój Randkowy Towarzysz miał kiedyś rybki. Po pewnym czasie znudziły mu się one, więc postanowił pozbyć się ich, spuszczając je żywe w toalecie. Oburzyło mnie to trochę, ale on wyjaśnił mi, że przecież w toalecie jest woda. A woda to naturalne środowisko rybek, także wróciły one szczęśliwie do swojego domu. No cóż, nie znam się za bardzo na psychice rybek i ich podróżach, ale staram się wierzyć, że były szczęśliwe i trafiły do lepszego świata...

Jako, że jestem właścicielką świnki morskiej, po historii o rybkach opowiedziałam mu o swoim zwierzątku. Wtedy usłyszałam pytanie:

-Ale po co Ci "TO"?

Trudne pytanie, więc odpowiedziałam, że lubię zwierzęta, że chciałam mieć takie, że spełniłam swoje "marzenie", że jestem zadowolona z tej decyzji... I tak produkowałam się podczas tej wypowiedzi, aż tu nagle kolejne pytanie, chyba jeszcze trudniejsze:

- Ile "TO" w ogóle jeszcze będzie żyć? Bo ja nie chciałbym mieć czegoś takiego nigdy w mieszkaniu!

Nie zrozumcie mnie źle. Każdy ma prawo lubić zwierzęta lub nie. Lubić świnki lub nie, ale jeśli osoba z którą jesteście na randce ma jakieś, to nazwanie jej zwierzęcia per "TO" lub zapytanie kiedy ono umrze, uważam za totalny nietakt. Po usłyszeniu tego zdania zrozumiałam, że mój rozmówca już umieszcza mnie w naszej wspólnej przyszłości, bo skoro mówimy o problemach ze wspólnym mieszkaniem z moją świnką - to już nie są żarty! No nic, może do tego czasu świnka akurat zdechnie. To nieważne. Ważne, że chłop już widzi nas razem w mieszkaniu! Love and married! Brawo ja!

Rozmawialiśmy dalej o mojej śwince, więc opowiedziałam mu, że ona czasem dość głośno piszczy, jak nie dostanie takiego jedzenia jakby chciała. I wtedy znowu usłyszałam ciekawą myśl:

-No ale skoro tak piszczy, to weź klatkę i zanieś tę świnkę do łazienki albo na balkon i tam zostaw i zamknij. Nie będziesz tego musiała słuchać...

Przyznam, że po tym stwierdzeniu to z kolei, moja głowa umieściła tego mężczyznę we wspólnej przyszłości. A uwierzcie ta wizja była przerażająca! Już widziałam jak karmi moją świnką trutką, żeby szybciej zdechła, albo co gorsza spuszcza ją w toalecie! Zobaczyłam też jego w roli ojca, który płaczące dziecko zamyka na balkonie, żeby nie przeszkadzało... No dobra...nie ma co jednak ulegać wizji, więc postanowiłam, że wybiorę się z nim jeszcze na jedną randkę i zobaczę co będzie.

Druga randka. Poszliśmy na drinka. Było całkiem sympatycznie dopóki dwadzieścia razy nie usłyszałam, że dziś idziemy na "balety" na miasto i "zabawimy się". Dwadzieścia razy odmówiłam, mówiąc, że nie bardzo widzę siebie na randce w dyskotece, więc dwudziesty pierwszy raz on zaproponował, że skoro tak, to jedziemy do jego mieszkania, oglądać film. Ja jednak też odmówiłam, więc wedle poprzedniego planu siedzieliśmy w knajpce i drinkowaliśmy. Tu doszły kolejne ciężkie tematy, bo okazało się że mój towarzysz jest zagorzałym homofobem. Zadeklarował mi wprost, że jeśli by miał syna geja, to by go wydziedziczył, okaleczył, wyrzucił z domu i w ogóle zrzekł. Dość szybko poszło nam to planowanie przyszłości, a przed moimi oczami ukazała się kolejna przerażająca wizja. Także taka rozmowa i ciągle te "trudne sprawy".

Było już dość późno, gdy zaczęliśmy się zbierać do domu. Zapytał, czy mnie nie odprowadzić, a ja grzecznie odmówiłam, mówiąc, że nie trzeba, jakoś dam sobie radę. Na co on przytaknął, rzucił szybkie "cześć" i poszedł w swoją stronę.

Mniej więcej godzinę później dostałam od niego sms, w którym miał do mnie pretensje o to, że nie pozwoliłam się odprowadzić. Bardzo był zdziwiony moim zachowaniem, że sama chcę wracać po nocach mimo niebezpieczeństw, które czyhają po drodze i że skoro tak robię to znaczy, że nie chcę się angażować i uciekam przed "miłością".

Wtf?

Przyznam, że trochę byłam zdziwiona tymi wnioskami i tym, dokąd zmierza ta znajomość, a także tym, o co w tym wszystkim chodzi. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby jakiś mężczyzna miał do mnie pretensje o to, że mnie nie odprowadził. Zawsze grzecznościowo odmawiam, gdy słyszę takie pytanie, a mimo to, prawie zawsze jestem odprowadzana, a jeśli już nawet nie, to nigdy nie słyszałam żadnych pretensji. Chyba tym razem Grażynka jednak nawaliła i obraziła chłopaka. Może powinnam przeprosić?

Mimo wszystko chłopak pisał do mnie od tego czasu regularnie, non stop, kilka razy dziennie, a jeśli nie odpisałam mu na sms w przeciągu kilku godzin to dostawałam następnego z upomnieniem, że nie odpisałam i czemu, i że powinnam się bardziej angażować i generalnie czemu ja taka jestem?!

Początkowo zapowiadało się fajnie, ale im dalej w las, tym bardziej nie rozumiałam tego chłopaka, dlatego zrezygnowałam z kontynuowania tej znajomości.

To nie był Mój Janusz, świnka przeżyje.

Czytaj dalej »

"A następne Ty stawiasz!" - czyli na randce z Marem

Poznałam Mara na portalu randkowym. Z Marem fajnie się pisało. Był zabawny, łapał żarty w lot. Można było pogadać o wszystkim i o niczym. W dwóch słowach: fajny chłopak. Tak myślałam, aż do momentu naszego spotkania.

Maro nie pracował. A raczej pracował kilka dni w miesiącu, ale też nie w każdym. Zajmował się nagłośnieniem na różnych koncertach i eventach. Jego pomysł na życie opierał się na tym, aby pracować jak najmniej, zarabiać jak najwięcej i łączyć pracę z imprezami, które bardzo lubił. Częste leczenie kaca wykluczało stałą pracę. Trzeba przyznać - plan spoko, no i w trakcie realizacji.

Umówiliśmy się po kilku dniach internetowych rozmów. Mieliśmy spotkać się na mieście i razem iść do wybranej przez nas knajpki. Gdy dotarłam na spotkanie, wymieniliśmy z Marem uprzejme "cześć-cześć". No i ruszyliśmy. Maro szedł tak szybko, że w zasadzie jego jeden krok równał się moje dwa. Aby nie zostać aż tak bardzo w tyle, hasałam za nim niczym sarenka na łące. Niepotrzebnie zdecydowałam się na buty na koturnie, nie ułatwiało mi to dreptania za nim. No, ale cóż - moja wina, moja bardzo wielka wina....

I tak, idziemy. Pędzimy. Maro milczy. No to ja zagaduje: "Co tam, jak tam?" Maro odpowiada: "A spoko". I cisza. No to ja dalej próbuję zagadać, pytam: czy w tym tygodniu pracował? Czy miał jakiś event? Na co Maro odpowiedział: "Nie". No i cisza. Tak mkniemy i mkniemy. W milczeniu, przerywanym moimi pytaniami, na które odpowiedź Mara brzmiała przeważnie: "tak/nie". Totalnie rozmowa się nie kleiła, ale dotarliśmy do miejsca, gdzie knajp było bez liku.

Może tu będzie lepiej - taką miałam nadzieję.

Mijamy jedną knajpkę, więc wskazując na nią pytam Mara, czy wejdziemy? Maro odpowiedział, że nie, bo on już wybrał miejsce i to nie to. Zatem mkniemy dalej - nieustraszony Maro i ja, truchtająca za nim sarenka Grażynka, wciąż o dwa kroki w tyle za nim. W końcu znaleźliśmy to miejsce. Maro mówi, że to tutaj sobie siądziemy w środku na piwko.

Są drzwi, więc wchodzę do środka, ale Maro w tym samym momencie też to zrobił. Zatem wpadliśmy z łomotem na siebie w tych drzwiach. Mój błąd - nie pomyślałam, że powinnam wejść jako druga, skoro to Maro wybrał knajpę. Chciałam naprawić sytuację, więc wycofałam się z tych drzwi i kulturalnie przepuszczając Mara, powiedziałam: "Proszę". Maro odpowiedział: "Dzięki" i wszedł. Udał się od razu do baru, więc ja potruchtałam za nim. Kiedy staliśmy przy ladzie, rozegrała się scenka, która na długo pozostanie w mojej pamięci:

Barman: Co podać?
Maro: Dwa piwa
Barman: Jasne czy ciemne?
Maro: Jasne
Barman: Jakie? (wskazując na listę)
Maro: Te (wskazując konkretny rodzaj)
Barman: Z sokiem?
Maro: Bez

Stałam obok, nie bardzo wiedząc co tu się dzieję. No, bo lubię ciemne piwo. A jeśli jasne, to tylko z sokiem. Sytuacja rozegrała się jednak, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Barman podał piwa i powiedział, ile mamy zapłacić. Na co Maro zapłacił, po czym figlarnie dodał do mnie, mrugając oczkiem:

- A następne Ty stawiasz!

Ja przytaknęłam, nadal trochę zszokowana całą tą sytuacją i ruszyłam w stronę stolika, ale Maro powiedział:

-Nie tutaj, usiądziemy tam na zewnątrz. Tamten stolik wybrałem.

Więc znowu przytaknęłam i podążyłam za Marem. Posiedzieliśmy, posączyliśmy piwko. I po 20 minutach już wiedziałam, że następnego nie będzie. Maro nie mówił nic. A ja totalnie nie wiedziałam co mówić i co robić, więc zadawałam już naprawdę głupie pytania w stylu: a masz rodzeństwo/psa/kota/cokolwiek? Na co Maro odpowiadał: tak/nie. No więc taka rozmowa...

W połowie piwa już nie wytrzymałam i postanowiłam zakończyć tę randkę. Ani z Marem nie dało się pogadać, ani piwka, którego nie lubię, nie miałam ochoty pić. Popatrzyłam na zegarek, mówiąc, że jest już strasznie późno (godzina 18:00) i muszę już pilnie iść, bo mam tyle rzeczy na głowie (żelazko włączone, mleko na gazie...). Maro przytaknął, a że byliśmy w miejscu którego totalnie nie kojarzyłam, zapytałam go jak dotrę w konkretną lokalizację, a on machnął mi ręką, że "o tam". Więc powiedziałam, że idę w to "o tam", żegnając się tylko przelotnym: "Cześć, miło było poznać". Maro przytaknął i na tym zakończyła się ta randka.

Trochę żałuję jednak, że nie kupiłam tego następnego piwka Marowi. Na pewno byłoby ciemne, z pięcioma sokami i milionem rurek!

Czytaj dalej »

Camilla, niezbyt szczupła księżniczka

Robiłam ostatnio zakupy w pobliskim Carrefourze. Przechodząc obok półek sklepowych, zauważyłam wyprzedaż książek. I tu przeżyłam mały szok! Moją uwagę zwróciła bowiem jedna książka, która stała się inspiracją do napisania tego posta:



"Camilla, niezbyt szczupła księżniczka"

To bajka dla dzieci. Jako, że Camilla nie jest szczupłą księżniczką dlatego autorzy okładki postanowili ją ukazać w otoczeniu zabawnych, różowych świnek. Nie wiem jak wy, ale ja nie znam innej bajki, w której księżniczka pięknie prezentuje się na okładce ze świniami. No, ale może stąd się wzięło powiedzenie "tłusta jak świnia"- od niezbyt szczupłej księżniczki Camilli.
Pomysł samego tytułu też powala, bo przecież to bardzo ważne. Może trzeba pozmieniać też inne tytuły na Chudy Kopciuszek, Szczupła Królewna Śnieżka i Śpiąca Królewna o idealnej figurze.

No dobra, nie oceniamy książki po okładce. Oceńmy jej treść:


"Pewnego dnia król państwa Korkowodo zdecydował, że nadszedł moment, by jego jedyny syn, Kuskus, znalazł sobie żonę.
-W sąsiednim królestwie Kolombonii mieszkają trzy księżniczki - powiedział do syna. - Musisz wybrać jedną z nich za żonę. aby nasze rodziny się połączyły"

Książę Kuskus? To stąd wzięła się ta kasza?

"Georgina była cienka jak gałązka. Bardzo mało jadła, bo uważała, że szczupła sylwetka jest synonimem piękna. Spędzała więcej czasu na huśtawce niż z przyjaciółkami."

Chwila, chwila.... to z przyjaciółkami nie chodzi się właśnie na huśtawki?

"Melissa była wysoka i chuda jak patyk. Ciągle się gimnastykowała, a ponieważ szczupłość oznaczała dla niej piękno, spędzała więcej czasu w fitness clubie niż z przyjaciółkami"

Wtf? Serio? Królewicz, ręka księżniczki itd i fitness club?! Chyba coś te inne bajki przed nami zataiły. Pewnie Śnieżka chodziła na crossfit, a Kopciuszek na zumbę.

"No i była Camilla. Camilla była pulchna i miała okrągłą buzię. Była miła i bardzo inteligentna, a poza tym kochała zwierzęta i jadła wszystko na co miała ochotę. Nie miała zastrzeżeń co do swojego wyglądu, za to lubiła spędzać czas z przyjaciółkami i przyjaciółkami przyjaciółek."

Nawet nie wiem jak skomentować ten fragment. Czyli jak gruba to mądra i miła, a jak chuda to charakter ma paskudny i pewnie w dodatku głupia. Czy to nie jest popadanie ze skrajności w skrajność? Czy to, że kobieta dba o siebie i chce być szczupła, od razu robi z niej wredną i chamską?

"Każdego ranka Georgina i Melissa ważyły się z satysfakcją, spoglądając z lekkim niesmakiem na krągłą postać Camilli, szeptały:
-Spójrz na te kulkę tłuszczu, która nie mieści się w T-shircie! Mogłaby wreszcie przejść na dietę. Nie chciałabym znaleźć się na miejscu jej konia!"

Ale te księżniczki zwariowane. Chodzą w T-shirtach ale poruszają się na koniu... kto to ogarnie?

"Kiedy księżę Kuskus poznał księżniczki, nie wiedział, którą wybrać, zaproponował więc konkurs.
-Pojmę za żonę tę, która zrobi najpiękniejszy latawiec."

Przypomina to trochę fabułę "Kto poślubi mojego syna"! Jest konkurs, jest rywalizacja, a która z nich wygra, ta dostanie męża. No dziewczyny, musicie się postarać o faceta, nie ma lekko. Go girls!

"Georgina i Melissa natychmiast wzięły się do pracy i wkrótce zrobiły wielkie, bardzo kolorowe latawce, z długimi różnobarwnymi wstążkami. Camilla zrobiła mały, zwykły, żółty. Rozpoczęły się zawody, Latawce Georginy i Melissy poszybowały wysoko w niebo, wywijając skomplikowane ewolucje na oczach zachwyconej publiczności. Latawiec Camilii wzniósł się szybko do nieba i zastygł w miejscu, nie wykonując ewolucji. Nagle zerwał się silny wiatr, który zmienił się w huragan. Georgina i Melissa ze wszystkich sił starały się zapanować nad swoimi latawcami, ale silne podmuchy poderwały je w górę. Obie siostry mocno trzymały sznurki latawców, ale były tak lekkie, że wiatr je porwał i poniósł daleko, aż zniknęły z oczu. Kiedy wichura się uciszyła, okazało się, że na ziemi została tylko Camilla, która była wystarczająco ciężka, by stawić czoło wiatrowi. Z dumą trzymała swój latawiec w dłoniach. Książę Kuskus podszedł do niej, wziął ją za rękę i poprowadził do królestwa Korkowodo, gdzie wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie"

Jaki morał z tej bajki? Grubi ludzie są za ciężcy, aby wiatr ich porwał? Książę ogłosił konkurs na najpiękniejszy latawiec i mimo, że obie szczupłe siostry bardzo się postarały i odpicowały swoje latawce, to i tak wygrał najbrzydszy, zwykły Camilli. Czy to że Camilla jest "niezbyt szczupła" oznacza, że powinna mniej się starać i mieć wy*ebane na latawiec i zrobić go byle jak? A później wygrać, bo tak się zdarzyło, że przyszła wichura, i Camilla była za ciężka, aby ją porwać?

Patrząc na całą treść tej bajki, można wywnioskować, że grubi ludzie są niechlujni i generalnie mało się starają. Ale najważniejsze, że wiatr nie daje im rady. Książę musiał wybrać Camillę, nie dlatego, że miała fajny charakter albo że podobały mu się jej krągłości, tylko dlatego, że pozostałe siostry po prostu porwał wiatr...

Może idea bajki była dobra. Może puenta miała być inna. Pewnie zamysł był taki, aby pokazać małym dziewczynkom, że nawet księżniczka może być grubsza. Jednak całość, która powstała, pozostawia wiele do życzenia. Chude to wredne i głupie, jak wyjść za mąż to trzeba rywalizować z innymi kobietami, jak gruba to może nie dbać o estetykę, a jak konkurs na ładną pracę to można odwalić manianę a, i tak wygrać - czy na pewno takie wartości chcemy przekazywać temu młodemu pokoleniu?

Na tym kończę ten post i idę na zewnątrz, bo będzie wichura, a chcę zobaczyć czy jestem wystarczająco ciężka, aby stawić czoło wiatrowi.

Pozdrawiam,
Grażyna

ps. Jeszcze pokażę Wam obrazek kończący tą bajkę. I pozostawię go bez komentarza.
























Czytaj dalej »

Różny jest ten świat, czyli na randce z architektem

Umówiłam się na randkę. Z architektem. Był kilka lat ode mnie starszy. Poznaliśmy się na portalu randkowym.

Umówiliśmy się na mieście, po czym razem poszliśmy do wybranej wcześniej knajpki. W knajpie była samoobsługa, więc wraz z Moim Towarzyszem, najpierw udaliśmy się do baru. Tam, Mój Towarzysz wyciągnął z portfela dwie dyszki i obracał nimi cały czas w dłoni. Barman zapytał, czego się napijemy, a my, że herbatę. Po chwili barman zapytał o płatność: razem czy osobno? Na to mój towarzysz milcząc, dalej obracał 20 zł w dłoni, zatem ja w końcu powiedziałam: osobno. Architekt popatrzył na mnie dość krzywo. Może obracając tym banknotem w dłoni, dawał mi jakieś znaki dymne, że przecież hajs ma i zapłaci(?) albo nie ma i ja mam zapłacić (?), ale ja jako zwykła Grażyna, nie zrozumiałam nic z tej sytuacji i z jego milczenia.

Potem udaliśmy się do stolika. Usiedliśmy i wtedy nastała cisza. Głucha cisza. 
Żeby zacząć rozmowę, zapytałam o jego pracę, co to dokładnie robi itd. Na co on odpowiedział:

-A to różnie....
-Aha. Ale to jakieś projekty robisz? Jak to wygląda?
-No to różnie...

I znowu nastała cisza. Głucha cisza. Pomyślałam, że może on niekoniecznie chce rozmawiać o pracy, a ja na wstępie tak głupio wypaliłam. Stwierdziłam, że tematyka czasu wolnego będzie idealna, zatem znowu zapytałam:

-A co robisz w czasie wolnym?
-A no to różnie.
-Yhm...może jakieś książki czytasz?
-No to różnie.
-Aha, a jak już czytasz to co najczęściej?
-No różne...
-Yhmm.... a może filmy jakieś?
-No oglądam, ale to też różne.
-Yhmm...a nie wiem, może sport jakiś?
-No to różnie z tym jest.

Nie miałam już pomysłu, o co zapytać i co robić z tym "różnie", więc tylko wiatr hulał w gąszczu tej ciszy. Ale Grażyna nie poddaje się tak łatwo, więc znowu spróbowałam:

-A może chodzisz do teatru/kina/gdziekolwiek/cokolwiek/jakkolwiek/(i może powiesz wreszcie coś więcej niż tylko to cholerne "różnie"!)?
Ale usłyszałam tylko:
-A no to różnie...

Także piliśmy tą herbatę, i piliśmy.... A, gdy tylko herbata się skończyła, pomyślałam, że to czas iść na autobus, bo przecież jeżdżą one bardzo różnie...



Czytaj dalej »

Pięćdziesiąta pierwsza twarz Gray’a

Umówiłam się na randkę z facetem z portalu randkowego. Długo rozmawialiśmy przez internet zanim doszło do spotkania, ponieważ facet prowadzi własną firmę. Biznesman. Niedawno kupił mieszkanie, które urządza, a jak ma jakąś wolną chwilę, to spędza ją przy piwku z kumplami - tak więc, zabiegany człowiek.

Pisało się fajnie - chociaż czerwona lampka zapaliła mi się, gdy dość często chwalił się przede mną różnymi, pijackimi wybrykami. Na przykład, raz zdarzyło mu się z kumplami, wymalować całą windę markerem i bardzo się z tego śmiał, bo malowali tam głównie męskie przyrodzenia. Takie tam, męskie zabawy, których być może nie rozumiem, dlatego, że są męskie. Druga czerwona lampka zapaliła mi się przy pomyśle pierwszej randki, którą zaproponował na...basenie. Możliwe, że nowocześni ludzie umawiają się na pierwsze randki na basen, ale ja jestem tylko zwykłą Grażyną, która na basen na randkę nie idzie.

W końcu, udało nam się umówić. I to nie na basenie, tylko w kawiarni. Dosłownie na godzinkę, późnym wieczorem, bo przecież facet zapracowany. Biznesman.

Jak na biznesmana przystało, przyjechał świetnym autem, elegancko ubrany w koszuli i marynarce. Na spotkaniu, całkiem fajnie się rozmawiało. Gadka się kleiła. On opowiadał o swojej pracy, ja o swojej. Powiedziałam mu, że moje studia, to zupełnie inny kierunek niż moja obecna praca, a żeby pracować w zawodzie, w którym się uczyłam, to najlepiej założyć własną działalność. I tutaj, mój towarzysz randki, skomentował to tak:

-Ale Dziubek, co za problem? To się wszystko załatwi! Mówisz i masz!

Ja, lekko zmieszana, zapytałam: ale co? Więc on odpowiedział:

-No Dziubek, co za problem? Otworzymy Ci firmę, ja znajomości mam. Pieniądze też. Co tam potrzebujesz, to Ci załatwię. Dziubek, mówisz tylko, a ja dzwonię do znajomego prawnika, księgowego i wszystko się załatwi. Chcesz swoją firmę, to będziesz ją mieć, Dziubuś...

O matko! Przecież to Christian Gray! No, bo w końcu jaki facet, na wstępie oferuje wam własną firmę i hajs. Mówisz i masz - takie to proste! Gdybym była bohaterką "50 twarzy Grey'a", moja wewnętrzna bogini skakałaby z radości, ale, że jestem tylko zwykłą Grażyną - podziękowałam grzecznie za pomoc, mówiąc że jakoś dam sobie radę.

No więc, rozmowa toczyła się dalej. Zeszliśmy na temat podróży, urlopów, wakacji i planowania. I tu, kolejny raz Christian zaskoczył mnie stwierdzeniem:

-Ale co za problem, Dziubek? To się wszystko załatwi! Mówisz, że jutro jedziemy np. do Australii? No to jedziemy, Dziubek. Ja znajomości mam, to się wszystko załatwi. Mówisz i masz, Dziubek...

Po raz kolejny, jak na zwykłą Grażynę przystało, podziękowałam za pomoc, mówiąc, że akurat teraz urlopu nie planuję, ale moja wewnętrzna bogini, już pakowała walizkę do tej Australii. Potem, przeszliśmy z Christianem na temat sensu istnienia, życia i takie tam już mniej ważne rzeczy, które on skomentował bardzo szybko:

-Ale Dziubek, masz z czymś problem? To powiedz, Dziubek. To się wszystko załatwi! Jak tylko coś Cię trapi, to mów od razu, Dziubusiu. Mówisz i masz wszystko...

Akurat w tamtym momencie, nic mnie specjalnie nie trapiło, więc podziękowałam za pomoc i na tym zakończyła się ta godzinna randka. Wychodząc z kawiarni, Christian szarmancko powiedział mi: "No to cześć" i zniknął, wsiadając do swojego nowego lexusa, a ja z moją wewnętrzną boginią, podążyłam na tramwaj.

No i tyle widziałam i słyszałam Christiana” Dziubka” Grey’a, ale co się dziwić, w końcu to bardzo zapracowany człowiek, który wszystkim, wszystko załatwia.


Czytaj dalej »

Samiec z Alfą

Na Tinderze zagadał do mnie całkiem sympatyczny chłopak. Fajnie się pisało, z polotem - zatem postanowiliśmy umówić się na spotkanie. Był ciepły dzień, więc najpierw zaplanowaliśmy spacer, a później kawę. Gdy dotarłam na miejsce, okazało się, że moja randka wybrała stylówę a'la Backstreet Boys lata 90-te. Jasne niebieskie jeansy, żółty zwykły T-shirt, a na to za duża, czarna kamizelka od garnituru po starszym bracie. Do tego okulary lenonki, białe adidasy i blond włosy, nastroszone na żelu. No nic, tylko wehikuł czasu przeniósł mnie 20 lat wstecz, na wymarzoną randkę z Nickiem Carterem!

Ale nie oceniajmy książki po okładce, a mężczyzny po ilości żelu na włosach. Poszliśmy na spacer i tu się zaczęło. Chłopak prowadził monolog, czasem tylko przerywany moimi: "aha", "yhm", "uhm". Kiedy chciałam wtrącić jakieś zdanie, kiwał głową zniesmaczony, że nie powinnam tyle mówić, po czym sam kontynuował swoją opowieść. A uwierzcie, orędzie Dudy przy tym monologu to istna fanaberia. Zatem słuchałam...

Na wstępie opowiedział mi, jak to był niedawno na szkoleniu w innym mieście, gdzie w restauracji dali mu niesmacznego kotleta. Nie omieszkał się więc, zwrócić im uwagę, że jedzenie jest niedobre, a skoro płaci to wymaga. Dodatkowo, żebym lepiej zrozumiała problem, ubarwił opowieść tym, jakie to on wariacje żołądkowe (i nie tylko) miał w łazience po tym kotlecie. Oj działo się! Nawet Wezuwiusz zaliczył mniej wybuchów niż on w toalecie, po tym niesmacznym kotlecie.

Potem historia tej opowieści przeniosła się na jego samochód. Otóż chłopak, jakiś czas temu, kupił sobie Alfę. Ile to on już pieniędzy w nią nie wpakował! Oczywiście wiem, ponieważ powiedział mi, ile i na co wydał. Kompresor, klocki hamulcowe, filtry... Już wiem, że to nie takie tanie rzeczy!
Powiedział też, że w sumie, to nie jest zadowolony z tej Alfy i jej sprawności, ale skoro już zapłacił za nią tyle, to musi ona mu to teraz zwrócić - swoim wyglądem, bo tu cytuję: "no, Alfa to wygląda". Na uwiarygodnienie swoich słów, chłopak cały czas trzymał w ręku kluczyki od tej Alfy i nonszalancko wymachiwał mi nimi przed nosem (żebym przypadkiem nie przeoczyła tego faktu, że to kluczyki od Alfy, bo on ma Alfę, a Alfa to wygląda). Gdyby on był trochę wyższy albo gdybym ja przypadkiem była karłem, to myślę, że te piękne, wymachujące kluczyki pozbawiłyby mnie uzbębienia, ale to nic... można nie wyglądać, ważne, żeby Alfa wyglądała! 

Potem z samochodu, chłopak przeszedł do tematu: dlaczego wszyscy ludzie to debile. I dlaczego on ma zawsze rację, ale przecież nie głosi tego wszem i wobec tych debili. Opowiedział, że pracuje z samymi debilami, a zwłaszcza z taką Kaśką debilką, która kiedyś przekazując mu zlecenie, nie przekazała mu dokumentów, i on sam musiał iść po nie na inne piętro. Ciężko mi było sobie to wyobrazić, że on sam musiał po to iść, jeszcze na inne piętro, ale przecież Kaśka to debilka, więc czego się można po niej spodziewać, jak nie debilnych zachowań.

Z Kaśki debilki przeszedł do tematu imprezowego stylu życia, którego on nie prowadzi. Tylko akurat, tak się złożyło, że przez najbliższy miesiąc nie ma wolnego weekendu, bo znajomi wyciągają go na imprezy, więc korzysta. A jak znajomi wyciągają, to nie jest jego styl życia, tylko on po prostu musi chodzić na te imprezy, tak dla towarzystwa.

Z tematu imprez płynnie przeszedł do... śmieci. Temat trudny, ponieważ chłopak wyznał mi wprost, od razu, że on śmieci nie segreguje! Jego zdaniem skoro płaci się, to trzeba wymagać. Zatem, jeśli obecnie śmieci segregowane są droższe, niż dawniej niesegregowane, to on wymaga, żeby nie trzeba było ich segregować. Tak jest i nie można się z tym nie zgodzić, no chyba, że jest się debilem jak większość społeczeństwa, albo jak Kaśka debilka. Wtedy można mieć debilne zachowania i te drogie śmieci segregować.

Na kawę nie poszliśmy, bo po godzinie tego monologu, skończył mi się zasób słów: "aha", "yhm", "uhm", a inaczej tego nie umiałam skomentować. Chłopak przeszedł już przez wszystkie istotne tematy, więc nastała cisza. Ja mało wiem na temat Alfy, debili i śmieci, więc też nie wiedziałam co powiedzieć i milczałam. Po chwili tego milczenia, on kulturalnie i wprost zapytał mnie: gdzie to będę teraz szła? A ja że: tam, i że niestety w inną stronę niż on. Więc podziękowaliśmy sobie za spotkanie mówiąc, że było miło, a w myślach dziękując jedynie Tinderowi za opcję "usuń parę".

Nie muszę dodawać, że na tym ta znajomość się zakończyła. Jednak jak w każdej historii, morał jakiś jest:

Skoro Alfa swoim wyglądem zwraca Ci wydane na nią pieniądze, śmieci też kiedyś zwrócą. Tylko, broń Boże, ich nie segreguj!  

Pozdrawiam,
Grażyna


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia