"Hey Hey I saved the world today..."

Kuba. Poznaliśmy się na portalu randkowym. Napisał do mnie, ja odpisałam i tak się zaczęło. Pisało się super. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Podobne zainteresowania, podobne poczucie humoru. No cud, miód i malina. Rano "dzień dobry", wieczorem "dobranoc". Często nie mogłam doczekać się kiedy napisze do mnie, a jak już napisał to za każdym razem chóry anielskie śpiewały mi "We are the champions"! 

Bardzo tego faceta polubiłam z samego pisania. Czasem tak chyba jest. Pisze się z kimś nieznajomym i łapie takie flow, że nic tylko surfować na tych lekkich falach wzajemnych pogawędek. Kuba mieszkał w miejscowości obok mojego miasta, dlatego spotkanie ustaliliśmy w najbliższy weekend jaki wypadał, odkąd zaczęliśmy pisać. No, a międzyczasie pisaliśmy, pisaliśmy i pisaliśmy....

W końcu nadszedł weekend naszego pierwszego spotkania. No nie powiem, czekałam na to jak Lidl na sobotę. Chciałam w końcu poznać faceta, z którym tyle czasu spędzam codziennie chichocząc do telefonu jak szczerbaty do sucharów. Już wywaliłam ciuchy z szafy planując, co ubiorę na tę randkę, aż tu nagle dostałam od niego wiadomość, że "bardzo mnie przeprasza, ale to bardzo, bo wpadła do niego rodzina i nie może się wyrwać. Musi z nimi zostać w domu, i niestety to nasze spotkanie musimy przełożyć na kolejny weekend." Grażynka jest bardzo wyrozumiała, więc schowałam ciuchy do szafy i pisząc: "Pewnie, nic nie szkodzi", spędziłam ten weekend myśląc, że to już za tydzień poznam Kubę.

Cały kolejny tydzień, tak jak poprzedni, pisaliśmy. Pisaliśmy i pisaliśmy. Znowu rano "dzień dobry", wieczorem "dobranoc". Chóry anielskie śpiewały nadal, a ja wciąż chichotałam.

No i w końcu nadszedł weekend naszego kolejnego, pierwszego spotkania. Już wywaliłam ciuchy z szafy znowu planując, co ubiorę na tę randkę, aż tu nagle dostałam od niego wiadomość, że  "bardzo mnie przeprasza, ale to bardzo, bo przeziębił się i bardzo źle się czuje i niestety nasze spotkanie musimy przełożyć na kolejny weekend". Wyrozumiałość Grażynki nie zna granic, więc schowałam ciuchy do szafy i pisząc: "Pewnie, nic nie szkodzi", spędziłam kolejny weekend myśląc, że to już za tydzień poznam Kubę.

Następny tydzień minął tak jak poprzedni. Pisaliśmy i pisaliśmy. To już znacie: znowu rano "dzień dobry", wieczorem "dobranoc", chóry anielskie fałszować nie zaczęły, a moje chichotanie dalej trwało.

I w końcu doczekałam się. Nastał weekend naszego kolejnego, następnego, pierwszego spotkania. Wywaliłam ciuchy z szafy, chociaż już doskonale wiedziałam co ubiorę, aż tu nagle dostałam od niego wiadomość: "No to za godzinę się w końcu widzimy!". Odpisałam i ruszyłam. Bo przecież w końcu się spotkamy! Tyle razy nie wypaliło, ale przecież Noblowi też tyle razy dynamit nie wypalił, a w końcu mu się udało! Tak samo będzie ze mną! 

No i pognałam na tę randkę. Popędziłam niczym Pendolino Kraków-Warszawa. Niedaleko już byłam miejsca spotkania. Niedaleko byłam już tej randki i niedaleko poznania Kuby, ale dostałam SMS: 

"Bardzo Cię przepraszam, ale nagła sytuacja, muszę zawieźć babcię do szpitala i musimy odwołać to spotkanie. Wynagrodzę Ci to innym razem..."

Nie odpisałam, a chóry anielskie ucichły. Chichotać też mi się już jakoś nie chciało. No i wynagrodzić, także mi tego nie wynagrodził, bo od tego momentu przestał się do mnie odzywać.

Może tą babcię jeszcze wiezie, a może znowu rodzina przyjechała, albo się przeziębił? A może tsunami, wybuch wulkanu albo porwanie przez UFO? Nie wiem, ale może też być tak, że jest jakimś superbohaterem! Taki np. SuperDupek, który odwołuje spotkania, aby ratować świat przed złem! Kto to wie... W każdym razie z nim mi nie wypaliło. 

Jednak Grażynka jest jak Nobel. W końcu jej wypali! A teraz przynajmniej świat może czuć się bezpiecznie.

 
Czytaj dalej »

Randka w restauracji pod złotym M

Każda kobieta lubi czuć się wyjątkowo. Każda lubi jak facet szarmancko zaprosi ją na randkę do jakiejś ładnej restauracji. Kolacja przy świecach. Można wtedy poczuć się jak w bajce. Można poczuć się jak księżniczka. A co można poczuć, gdy tą restauracją jest McDonald's, a świece przy kolacji zmieniają się w wielkie, świecące M? Wiecie?

Ja tak, dlatego dzisiaj opowiem Wam o randce z Piterem.

Pitera poznałam na Tinderze. Trzeba przyznać, że na zdjęciach był bardzo przystojny. Opis obiecujący. Facet w moim wieku, kawaler, wysoki, ułożony i jakby się wydawało z pisania - stabilny psychicznie. Na pierwszą randkę umówiliśmy się pod jednym z bardziej znanych pomników w mieście, aby łatwiej było się rozpoznać.

Na spotkanie dotarłam na czas, ale jego jeszcze nie było. Sprawdziłam telefon (bateria i zasięg w porządku), a tam pustka - nie wysłał mi żadnej wiadomości. W pierwszej chwili pomyślałam, że na pewno porwało go jakieś tsunami, UFO albo Wielka Stopa, bo jakby miał się spóźnić to, przecież by napisał, co nie? Po chwili ja wysłałam mu wiadomość, że poczekam maksymalnie 10 minut i idę do domu. Czas mijał, on milczał, a ja po jakichś siedmiu stwierdziłam, że to już czas na mnie, bo było mi po prostu strasznie zimno. Odwróciłam się na pięcie i wpadłam na niego. Dotarł i od razu zaczął:
  "O jesteś! To dobrze, bo ja to wiedziałem, że się spóźnię, za późno z domu wyszedłem, ale tak myślałem, że poczekasz na mnie".

Hm... toż to Piter, czy wróżbita Maciej, że tak wszystko wie?

Powiedziałam, że jeśli wiedział, że się spóźni to uprzejmie byłoby o tym poinformować. On jednak stwierdził, że po co, skoro to nieduże spóźnienie, a on wiedział, że i tak poczekam, więc PO CO? Dodatkowe minuty traciłby na pisanie i wtedy spóźniłby się jeszcze więcej, musiałabym dłużej czekać, a po co mi to?

Nie wiedziałam po co mi to, więc zmieniłam temat i zapytałam: "No to, gdzie idziemy?". On odpowiedział: "Nie wiem" - czyli jednak Piter, a nie wszystkowiedzący Wróżbita Maciej.
Po takim wstępie w głowie zaświtała mi myśl, że ta randka chyba do najbardziej udanych nie będzie należała, ale trzeba dać jej szansę! Może jednak uda się i "złoty krążek mi wcisną na rękę". Na rozluźnienie atmosfery, powiedziałam, że w takim razie skoro nie wie, to może kawałek przejdziemy się na spacer i coś po drodze wpadnie nam do głowy. Tak, więc ruszyliśmy. Szliśmy, a Piter milczał, co chwilę zerkając na mnie w dziwny sposób. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam, czemu tak się dziwnie patrzy na mnie, a on z wyrzutem odpowiedział: "Bo ja nie chce chodzić, nie lubię mówić jak chodzę, i ja chcę gdzieś usiąść!"

Głupia ja! Ale zawaliłam z tym spacerem... (Moja wina, moja bardzo wielka wina...)

Grzecznie odpowiedziałam, że nie musimy przecież chodzić, że rzuciłam tą propozycję luźno, i że zawsze możemy gdzieś usiąść w jakimś miejscu, i czy ma jakieś ulubione? Na co on odpowiedział, że najchętniej to on by chciał iść do McDonalds'a, bo tam jest super! Więc skoro tam jest super, to Grażynka nie mogła powiedzieć nic innego jak: "Niech będzie, chodźmy".

Tak, więc poszliśmy do krainy rozpusty, frytkami i szejkiem płynącą. Od razu po wejściu, podeszliśmy do kasy i zamówiliśmy dwie kawy. Pani ochoczo nam je przygotowała i postawiła przed nami na tacce. Piter zapłacił i wskazując na tackę, powiedział do mnie:

-Weźmiesz?

No to wzięłam. Piter poszedł przodem szukać wolnego stolika, a Grażynka niczym żona arabskiego szejka podążała za nim z tacką w rękach. W końcu usiedliśmy. Postawiłam tackę na stoliku, przy którym usiadł Piter. A on wtedy zrobił wielkie: "Ufff!!!" i zaczął opowiadać jak on to nie umie się skupić na rozmowie jak chodzi, i jaki to beznadziejny pomysł miałam, a jak to tutaj jest świetnie, jak klimatycznie i jak to on może wygodnie rozsiąść się na fotelu i smakować kawkę w pięknym miejscu.... Ja nie wiem, może to Peszko robił w tym Maku atmosferę, bo Piter był nim dosłownie zachwycony!

Napiłam się kawy, aby wczuć się trochę w ten nastrój, który jemu się udzielił, a on zaczął opowiadać. Nie wiem czego miałam spodziewać się po mężczyźnie, którego ulubionym miejscem jest McDonald's ale chyba nie zbyt wiele, bo opowiadał jak to pracuje zdalnie w rodzinnej firmie budowlanej i całe dnie nie wychodzi z domu, nie ma kontaktu z innymi ludźmi, zakupy zamawia przez internet i gdyby nie Tinder, to by w ogóle nie znał nikogo. Jego hobby to oglądanie seriali, wykupił sobie nawet Netflixa, i całe noce zarywa na nim. Praca i seriale. A ostatnio gdzieś oglądał "Californication" i był taki śmieszny odcinek, gdzie kręcili pornola. Czy ja sobie mogę to wyobrazić? Pornola hehe PORNOLA hihi z gołą babą hihi hehe

Potem opowiedział, że nie podróżuje, bo podróże są teraz modne, a on jest taki, że jak coś modne to on tego nie robi. Nie będzie ślepo podążał za modą jak inni! Jedzenie takie samo jest wszędzie, ludzie tacy sami, więc po co jeździć gdziekolwiek? I się lansować, że się podróżuje. I w ogóle to w domu jest Netflix, więc po co gdzieś jechać?

Muszę się wam do czegoś przyznać. Żłopałam tą kawę tak szybko, jak rozchodzą się naklejki na Słodziaki w Biedronce. Miałam zamiar ją wypić i jak najszybciej iść do domu. Jednak on chyba naprawdę bardzo lubi tego McDonalds'a, bo pił, sączył, delektował się i opowiadał.

W końcu powiedziałam, że muszę już lecieć, bo mi sklepy zamkną, a muszę coś pilnie kupić, bez czego na pewno się nie obejdę i zdarzy się jakaś tragedia (Tak, Grażynka tak mistrzowsko wymyśla preteksty, jak Vega usuwa przekleństwa ze scenariusza!). Piter powiedział, że szkoda i postanowił mnie odprowadzić na przystanek. No więc poszliśmy. Idziemy, mijamy jakąś knajpkę, powiedziałam, że tu dają dobre jedzenie. Na co Piter stwierdził:

-No to może następnym razem Ty mnie tam zabierzesz. Ja teraz randkę zaproponowałem, to Ty następną.

Ja powiedziałam coś w stylu: "uhm, yhm, no zobaczymy"....

...aż tu nagle Piter stanął przede mną, zaczął wymachiwać rękami i wić się wokół mnie na środku chodnika, jakbym była jakąś rurą do striptizu lub co gorsza starą rurą, z której on chciałby całym sobą wytrzeć rdzę. Ni to taniec, ni to tarło i ni to ch*ja było wiadomo co to jest. Ludzie się patrzyli, ja stałam jak wryta, a on robiąc to "coś" mówił:

-No chyba, że idziemy gdzieś jeszcze potańczyć! Noc jest młoda. Ja się świetnie ruszam, rozrywkowy jestem. Patrz jak tańczę! Chodźmy, nie pożałujesz!

Moje oczy wielkości pięciozłotówek i stwierdzenie: "Nie, ja nie jestem tak rozrywkowa jak Ty" powiedziały mu chyba wszystko, bo opowiedział: "Aha, nie to nie. Cześć"

I tak Piter ulotnił się, nie odprowadzając mnie nawet na ten przystanek. A ja ulotniłam go na Tinderze klikając "usuń parę".

Jednak każde spotkanie czegoś uczy. To nauczyło mnie, że idąc na randkę do McDonalds'a powinnam umieć dobrze nosić tackę, no i bardziej ochoczo reagować na męskie tarło. Piter zadziałał z zaskoczenia, ale następnym razem będę przygotowana! Będę nosić tacki i się trzeć, a co!




Czytaj dalej »

Jak zamieszkałam z Jurkiem - historia mojej pierwszej internetowej znajomości

Ta historia długo czekała na to, aby o niej opowiedzieć.
Ta historia trzy lata temu zmieniła moje życie.
Ta historia była powodem, dla którego postanowiłam założyć tego bloga.

Oto opowieść o mojej pierwszej randce internetowej, od której wszystko się zaczęło.


Trzy lata temu, założyłam pierwszy raz w życiu konto na portalu randkowym. Nie wiedziałam czym to się je i jak internet ma się do prawdziwego życia. Chciałam kogoś poznać. Najlepiej miłość mojego życia. Zalogowałam się. Trochę pisałam, trochę oglądałam profile, aż w końcu napisał do mnie On - Tomasz. Nie mieszkał w tym samym mieście co ja, ale mimo tego zwrócił moją uwagę. Wysoki, całkiem przystojny, rok młodszy, kawaler, bez bujnej przeszłości i całkiem ułożony. No co można chcieć więcej na takim etapie? Zagadał dowcipnie i zaproponował, że w weekend mógłby wpaść do mojego miasta i zabrać mnie na randkę. Zgodziłam się ochoczo, bo w końcu tak zaczynała się moja wielka przygoda randkowania przez internet. Miałam gorące serce (nadal mam) i wielkie nadzieje (mimo wszystko, nadal mam).

Gdy przyszedł dzień randki byłam bardzo podekscytowana. Co ubrać? Co mówić? No i najważniejsze jak tego chłopa rozpoznać po kilku zdjęciach? Napisałam, więc do niego wiadomość: "Po czym mogę Cię poznać?". Na co dostałam zabawną odpowiedź: "Niech znakiem ropoznawczym będzie ryba".

Ryba? Przyznałam facetowi plus za kreatywność. Kartka z rybą, maskotka ryba, koszulka z nadrukiem ryby... tyle możliwości! - sama byłam ciekawa co wymyślił. Tym bardziej nie mogłam się doczekać tej randki!

Dotarłam na nią na czas. Tomasza jednak jeszcze nie było w umówionym miejscu. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo nigdzie nie widziałam znaku rozpoznawczego - ryby. Czekałam i czekałam... jednak on się nie zjawiał, więc postanowiłam zbierać się do domu. Lecz w tym momencie, jak spod ziemi wyłonił się on, ale nie sam....

...bo z rybą.

Żywą rybą!

Tomasz wyglądał jak na swoich zdjęciach, tyle, że w ręce trzymał woreczek z niebieską rybką w wodzie, włożony do wielkiej szklanej kuli. Jeśli w miejscu naszego spotkania funkcjonuje monitoring to myślę, że nagranie mojej miny może krążyć, gdzieś w sieci. Może dostałam już nawet za to Oscara. Może jestem już sławna, a o tym nie wiem! Kompletnie nie wiedziałam co mam powiedzieć, co mam zrobić i czy uciekać, gdzie raki zimują, a psy dupami szczekają, bo ten facet na pierwszą randkę przyniósł prawdziwą rybę, żywą, w kuli! Pomyślałam, że może poudaje pomnik, to się nie zorientuje, że to ja i sobie pójdzie, ale on się zorientował dość szybko i powiedział:

-Cześć! Jestem Tomek, a to jest ryba, prezent dla Ciebie!

No i wręczył mi ten worek z rybą i kulą. Ja jedynie wydusiłam z siebie: "Dzięki, ale co ja mam z tym zrobić?". Na co on stwierdził, że mogę hodować, albo wyrzucić, że nie wie, ale że to już jest moje i że to zamiast kwiatów, bo chciał być oryginalny. No tak, głupia Grażynka nie pomyślała, że przecież kwiaty też są żywe, więc co za różnica czy żywa ryba, czy żywy kwiat. Ten jego plus z kreatywności w momencie zmienił się w wielki przygniatający mnie krzyż, bo naprawdę: nie wiedziałam co mam zrobić!!! Poszliśmy, więc na kawę. Ja, Tomek i ryba w kuli. Był słoneczny dzień, więc zapytałam go, czy ta ryba nie udusi się w tym worku, a on powiedział, że nie wie, bo on na rybach się nie zna. Ja też nie, bo nie przepadam za rybami, więc zapytałam, czemu dał mi rybę, skoro sam się na nich nie zna, a on stwierdził, że miał to być znak rozpoznawczy więc jest, a jeśli jej nie chce, to on może ją wyrzucić, bo to tylko rybka i długo to i tak nie pożyje....

Usiedliśmy w pobliskiej knajpce. Zamówiliśmy kawę. Nadal ja, Tomek i ryba. Coś tam porozmawialiśmy, ale ciężko, ponieważ Tomasz usiadł bokiem do mnie i mówiąc, zupełnie nie patrzył w moją stronę. Ja nawet nie bardzo wiedziałam, czy mówi on do mnie, czy do kogoś innego. Chociaż myślę, że nawet gdyby mówił do mnie, chyba i tak bym nie słuchała, bo w głowie cały czas miałam to, że jeśli nie wezmę tej ryby, to on ją wywali, że jest to żywe stworzenie w worku w taki upał, że nie mam pojęcia, co mam z nią zrobić i jak o nią zadbać i że nie lubię ryb. Szybko zakończyłam tą randkę i uciekłam do domu. Ja z rybą, już bez Tomka. Powiedziałam, że muszę iść, żeby nie zdechła na tym słońcu.

W domu siedziałam do północy czytając na internecie jak trzeba opiekować się taką rybką. Co jej potrzeba. Grzałam do nocy wodę, studziłam ją później w oknie, aby moja ryba przeżyła. Bo żal mi było tego żywego stworzenia, które nie było winne temu, że jakiś chłop postanowił na pierwszej randce "zabłysnąć" niczym chrząstka w salcesonie . Nakarmiłam ją i nazwałam.

Jurek.

I mimo, że to stara historia, bo Jurek już od roku jest w rybim niebie, to po tej naszej pierwszej randce spędziliśmy ze sobą cudowne dwa lata. Był moim dobrym kumplem na dobre i na złe mimo, że nie lubię ryb, ale Jurek był akurat spoko. Nasza pierwsza randka zmieniła i moje i jego życie.

A Tomek? Zaproponował, że na drugą randkę zabierze mnie do Pragi. Odmówiłam i nie spotkałam się już z nim nigdy więcej, ale od tego dnia, aż po dziś dzień, na każde święta dostaję od niego życzenia. Ciekawe, może ma jeszcze jakieś inne zwierzęta do rozdania? Nie wiem, ale nie będę ryzykować.

Ps. A oto zdjęcie z mojego prywatnego archiwum. Prawdziwy Jurek:





Czytaj dalej »

One Man Show

Myślę, że każda kobieta była na takiej randce. Każda zna ten typ faceta: ONE MAN SHOW*. Poznajecie się i umawiacie na pierwszą randkę. Wszystko zapowiada happy ending story. Facet wpisuje się idealnie w ramkę Waszych wspólnych zdjęć ślubnych, więc podążacie na tą randkę uradowane. Chcecie, aby wypadła ona dobrze, aby ociekała zajebistością i wtedy się zaczyna. Facet gada, gada i gada. A jak już skończy... A nie, wróć - on nigdy nie kończy!!! To wy kończycie się psychicznie. Nie zadał Wam ani jednego pytania, a jeśli już cudem powiedziałyście cokolwiek, to tylko pokiwał głową, a potem gadał, gadał i gadał. Cała uwaga w jego stronę, a wy jesteście tam jedynie po to, aby oglądać jego przedstawienie.

Może chciał wypaść dobrze. Może myślał, że to rozmowa rekrutacyjna. Może starał się zabłyszczeć. Dlatego opowiedział Wam wszystko: przechodząc od trudnego dzieciństwa, kolegów, szkołę po aktualny stan zdrowia, swoje byłe, aż do momentu jak ciężko obecnie znaleźć normalną dziewczynę  i jak się wymienia koło w samochodzie...

Wy siedzicie, w myślach licząc, ile on wam powinien zapłacić, gdybyście były psychoterapeutą, który musi tego wszystkiego wysłuchać, a także ile wy powinnyście zapłacić za bilet na ten teatr jednego aktora. Pal licho, jak jest to stand up i coś się pośmiejecie albo chociaż zapłacił za Waszą kawę - gorzej jeśli za kawę zapłaciłyście same, a stand up zmienia się w zwykły monodram.

Znacie to?

Ja znam. Z kilku randek, ale dziś opowiem Wam jedną z nich. Taką number one w tej kategorii. Taką, której nawet za dopłatą nie powtórzyłabym, bo wyszłam z niej tak zmęczona, jakbym przerzuciła tonę węgla. Była to jedyna randka w moim życiu, gdzie idąc do toalety, skręciłabym w bok w stronę wyjścia, ale problem był taki, że siedzieliśmy tuż obok niego. Jestem bardziej Kung Fu Pandą niż ninją, dlatego nie umiałam wyjść niezauważona.

Bartek - tak miał na imię. Poznaliśmy się na portalu randkowym. Umówiliśmy się w kawiarni. Na pierwszy rzut oka: świetny mężczyzna! Wysoki, przystojny, bezdzietny kawaler, rok młodszy ode mnie, skończył technologię chemiczną, ale obecnie pracował jako projektant (lustra, meble itd). Zainteresowań cała masa! Pisał o nich jeszcze na portalu: nauka rosyjskiego, góry, rower, basen, szachy, modele samolotów... mogłabym wymieniać bez końca...

Czego chcieć więcej? Czy ta randka mogła się nie udać?

Otóż, życie to czasem żartowniś i owszem, mogła.

Usiedliśmy przy kawie i zaczął gadać. Gadać i gadać. A potem gadać i jeszcze raz gadać. Jeśli dałoby się zagadać kogoś na śmierć, to pewnie dziś nosilibyście chryzantemy złociste w półlitrówce po czystej na mój grób. Naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby to co mówił miało sens, puentę, cytaty Paulo Coelho albo chociaż suchary Karola Strasburgera. A mówił mniej więcej tak:

"No widzę, że fajna dziewczyna jesteś i pisałaś, że na basen chodzisz. No ja też chodzę, nawet coś tam pływam trochę. Ale nie tak, że umiem, bardziej się uczę. Ale basen w ogóle to fajna sprawa bo można się zrelaksować. (...) W sumie to teraz uczę się pływać żabką, ale wiesz co ciekawe? Tu Cię zaskoczę! Bo pewnie nie wiesz, ale żabką można pływać tak, żeby mieć raz głowę pod wodą, a raz nad. Tak zanurzać się co chwilę... Nie, że cały czas głowa nad wodą i pływasz. Bo to łatwe jest. Ale co ciekawe! Tu też Cię zaskoczę, bo jak płyniesz zanurzając głowę to płyniesz szybciej! Ja właśnie tak się uczę, z zanurzaniem. Tylko, że sam się uczę. Oglądam różne filmiki na internecie. Patrzę też co ludzie robią na basenie i też tak robię (...)...

No co tam jeszcze... No pisałem Ci, że tego rosyjskiego się uczę. No więc ten rosyjski to fajna sprawa. Bardzo mi się podoba ten język. Lubię słuchać jak ludzie w nim rozmawiają. Może też tak kiedyś będę mówił biegle. Na razie to się uczę sam w domu. Powtarzam sobie słówka, zwroty, a potem sam siebie poprawiam. Coś się nauczę, potem powtórzę, a jak źle mówię to sam się poprawię. (...) Ciekawe ile mi zajmie nauka tego tak, żebym mówił biegle po rosyjsku, ale tutaj też coś fajnego Ci powiem. Zaskoczę Cię, bo nie wiem, czy wiesz, że niektóre rzeczy to się inaczej pisze, a inaczej czyta. Jak się uczysz języków, to tak właśnie czasem jest, że Tobie się wydaje, że coś jest tak napisane, a to inaczej się wymawia (...)...

No co tam jeszcze, bo widzę, że jesteś fajna dziewczyna. Podobno w szachy grasz?"

WOW! Powiem Wam takie WOW, jakie robi rolnik dostając dopłatę unijną! Jest pytanie do mnie! Może coś wygram! Może nie będzie tak źle, więc odpowiadam: "Tak, ale..." i nie dokończyłam:

"No to super, bo właśnie widzę, że inteligentna też jesteś. No super, ale to niesamowite taka gra! Dla mnie to trochę czarna magia, bo dopiero ogarniam te zasady. Gram sobie czasem na komputerze. Pewnie Ty to umiesz tak grać, że przewidujesz ruchy przeciwnika - kilka ruchów do przodu, a ja to tak jeszcze nie umiem. (...) Lepiej mi idzie składanie tych modeli z samolotów, co Ci pisałem o tym, że to robię w wolnych chwilach. Bo ja widzę, że fajna dziewczyna jesteś, to pewnie chciałabyś wiedzieć jak to się składa. Ja to składam z takich części, które zamawiam na internecie. No i składam kilka dni powoli, a potem jak już jest gotowy, to muszę go pomalować, ale ja nie umiem malować, to tak byle jak maluję. Może kiedyś będzie mi to lepiej wychodzić, tak jak to składanie, no ale nie każdy ma przecież talent do malowania(...) No i co jeszcze..."

On gadał. Ja słuchałam.
On gadał. Ja spoglądałam na zegarek.
On gadał. Ja w myślach powtórzyłam całą matematykę z podstawówki, przypomniałam sobie inwokację i analizowałam co kupię za ten milion, który zarobię, jak już wreszcie będę sławna.

Ciężko było znaleźć moment ciszy, aby mu przerwać ten monolog, ale w końcu się udało i powiedziałam: "Kurczę, ale jest już późno, trzeba się zbierać." On zapytał:

-Już? No szkoda, fajne to spotkanie było, a widzę, że fajna dziewczyna jesteś, to mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze. W sumie ja Ci dałem swój nr telefonu, a Ty mi nie. Może mi go dasz teraz?

I tu możecie zalać mnie falą hejtu, na której spróbuję zasurfować, bo odpowiedziałam jak typowy mężczyzna, na którego narzekają miliony kobiet na całym świecie:
"Zadzwonię" i jak się domyślacie - nie zadzwoniłam...

* być może istnieje też odmiana żeńska tego "zjawiska", ale nie wiem, z kobietami nie randkuję.









Czytaj dalej »

Mistrz Zen - czyli potęga świadomości na randce

Poznałam go na portalu randkowym. Mistrz Zen zagadał do mnie, chwilę porozmawialiśmy, a  potem zaproponował spotkanie. Facet w moim wieku, wysoki, kawaler, bez dzieci, przystojny - czyli kandydat taki, że "już mi niosą suknię z welonem"!

Miejsce spotkania wybrał nietypowe - pomnik w zaułku parku, którego nawet nie kojarzyłam. Ale nie wybrzydzając (w końcu już mi niosą suknię z welonem), pojawiłam się tam na czas, on także i razem udaliśmy się do pobliskiej knajpki na herbatę. Przez internet był dość tajemniczy, dlatego w trakcie drogi zadałam mu kilka pytań, na które odpowiadał dość humorystycznie, co bardzo mi się spodobało. Początek zapowiadał całkiem udaną randkę.

Doszliśmy do wybranej  knajpki, gdzie Mistrz Zen zaproponował stolik. Ja usiadłam, a on poszedł złożyć zamówienie do baru. Nie minęła chwila, a czar tej randki zaczynał pryskać, niczym spray na komary w letni dzień.

Siedziałam spokojnie przy stoliku myśląc, jaką to suknię z welonem będą mi nieść, ale z zamyślenia wyrwał mnie "krzyk" Mistrza Zen. Otóż z herbatą musiało być coś nie tak, bo Mistrz kłócił się dość wymownie i głośno z barmanem. Wszyscy patrzyli na tę scenę, ja również ale zanim zdążyłam schować się ze wstydu pod stolik, Mistrz podszedł z herbatą do mnie i jak gdyby nigdy nic, zaczął wesołą rozmowę. Zapytałam więc nieśmiało: co tam się właśnie stało przy barze? On odpowiedział, że ten facet to zwykły cham i prostak, bo Mistrz Zen zażyczył sobie, aby barman przyniósł nam do stolika herbatę, a ten skomentował to jedynie tym, że tutaj jest samoobsługa i nie przyniesie. No nic... może rzeczywiście ten barman przesadził i był chamem, a mój towarzysz uratował nas przed napluciem do herbaty, tsunami albo inną klęską żywiołową. Zaczęliśmy, więc rozmawiać...

Mistrz Zen rozpoczął od opowieści jak to ćwiczy swoją świadomość. Wyczytał w jakiejś książce, że można tak wyćwiczyć swój umysł, aby w momencie, gdy jest zimno, ciało odczuwało gorąco. Dlatego, jego pomysłem na najbliższe życie jest owinięcie swojego nagiego ciała mokrym prześcieradłem i wyjście w takim ubraniu na mróz. Po czym siłą swojej świadomości będzie robił tak, żeby było mu ciepło, aż prześcieradło wyschnie. Zapytałam, więc jak on to trenuje? Na co on odpowiedział, że na razie nalewa zimną wodę do wanny i wchodzi do niej, a potem siłą swojej świadomości robi tak, aby mu było ciepło. Ja przytaknęłam i szybko uniosłam filiżankę z herbatą, aby pijąc ominąć chwilę, w której powinnam to skomentować. Lecz to był błąd...

W tym momencie Mistrz Zen wziął spodek od mojej filiżanki, który został na stole, po czym walnął nim z całej siły o blat. Już wtedy wiedziałam, że chyba nie tak prędko mi niosą tą suknię z welonem. Zapytałam: Co to było? Co to się właściwie stało? Na co on do mnie:

-Słyszysz jak ten debil barman głośno parzy tą kawę? Specjalnie ekspres tak głośno włącza! Na złość mi! Zakłóca tym moje myśli...

Zapytałam, więc w czym zawinił ten mój spodek, przecież to barman! A on odpowiedział, że w ten sposób okazuje swój sprzeciw co do zachowania tego chama i prostaka. Zrobiłam kolejny wielki łyk herbaty, zastanawiając się co tu się tak właściwie odjebowuje i czy to nie jest jakaś ukryta kamera? WTF, czyżbym już była sławna?

Nagle Mistrz Zen ni z tego, ni z owego zapytał, czy widzę ten obraz z widokiem na morze, wiszący naprzeciwko nas. Ja przytaknęłam, bo rzeczywiście on tam był  - nie tylko w jego świadomości. Wówczas Mistrz powiedział:

-To teraz, pomilczmy chwilę i pokontemplujmy ten obraz razem!

Znowu przytaknęłam i milczałam. Kontemplując morze, zastanawiałam się WTF razy 10?! Nie ma szans! Muszę być w ukrytej kamerze. Albo on coś ćpa. Czy wypada iść z randki po 15 minutach? Czy ten facet rzuci we mnie spodkiem, jeśli teraz wyjdę? Jednak moją kontemplację przerwał Mistrz, dość ostro i stanowczo mówiąc do mnie:

-Pijże tą herbatę szybciej!!!

Ja nieśmiało zapytałam: a dlaczego? Na co on odpowiedział, że ma dzisiaj takie zen, gdzie musimy dużo chodzić i najlepiej jakbyśmy sobie pochodzili po kilku kawiarniach. Pokiwałam głową, wypiłam i po 10 minutach byłam gotowa do drogi (bardziej do domu, niż do innej kawiarni, ale co tu dużo kryć - bałam się tych latających spodków!) Nie chciałam pogarszać jego zen, więc zapytałam czy może nie przeszlibyśmy się kawałek na spacer? (lepsze to niż kolejna kłótnia z barmanem). On się zgodził i spacerowaliśmy. Idziemy przez park. On opowiadał o książkach jakie ostatnio czytał, wszystkie jak się okazało o tematyce erotycznej. Ja powiedziałam, że też dużo czytam, ale inna tematyka. A on wtedy do mnie mówi:

-O super! To będzie za to nagroda!

Takich cudów się nie spodziewałam, więc zapytałam: jaka? On odpowiedział:

-Chwila przyjemności.

Ja dość zmieszana powiedziałam: ale, że jakiej niby przyjemności?

- No wiesz jakiej! Sama ode mnie tego oczekujesz!

No, głupia ja - Grażynka! Nie zorientowałam się, że chodzi o tą przyjemność, którą ja od niego oczekuje, czyli tabliczki czekolady z orzechami, paczki Cheetosów i oglądania Bridget Jones w wytartych dresach! Więc humorystyczne zapytałam, czy o to mu chodzi, a on do mnie, że nie i że zepsułam cały nastrój, który był.  Nie załapałam jednak. Chyba nie tych przyjemności oczekiwałam.

Szliśmy, więc dalej przez park. W pewnym momencie minęliśmy 3 dziewczyny, które telefonem robiły zdjęcia jakimś kwiatkom wiewiórkom itp. I uwaga! Skupcie się! Przechodziliśmy obok nich, a Mistrz Zen rozmawiał ze mną, w tym samym czasie wyciągnął telefon i zrobił zdjęcie tym dziewczynom. Po czym szybko go schował i wrócił do rozmowy ze mną jak gdyby nigdy nic.... WTF x milion?! Zapytałam go: co to się właściwie stało?  A on mi odpowiedział, że skoro one mogą bezkarnie robić zdjęcia w parku to on też! Może się czegoś nauczą, że tak się nie robi.

Już oficjalnie zapytałam Mistrza Zen, co on ćpie i za ile? A on zaproponował, żebyśmy poszli do niego do mieszkania po tą obiecaną nagrodę. Ja odmówiłam i dodałam, że idę do domu. On na to, że skoro tak, to on też idzie i będzie w domu książkę czytać. Pożyczyłam mu zatem miłej lektury i zaczęłam iść w stronę mojego przystanku. On na odchodnym zapytał jeszcze, czy na pewno nie idę z nim do mieszkania, bo mogłoby być fajnie i poczytamy książkę i on ma hamak i w ogóle on wie, czego ja chciałam umawiając się z nim i on mi to może dać! Znowu odmówiłam tłumacząc, że muszę spróbować siłą swojej świadomości wymazać tę randkę ze swojego życia i to jest ważniejsze niż jakieś tam przyjemności, bo mam dzisiaj takie zen.

Wracając do domu nie mogłam dojść do ładu w mojej głowie, w czym ja tak naprawdę uczestniczyłam? Patrzyłam potem na Youtube, Pudelka ale nie... To nie była ukryta kamera. Nie jestem jeszcze sławna. To była tylko zwyczajna randka z Mistrzem Zen.





Czytaj dalej »

Król Tindera

Ta randka była inna niż wszystkie. Jedno szybkie kliknięcie na Tinderze, krótka wymiana zdań i po chwili padła propozycja spotkania. Taka randka w ciemno.

Umówiliśmy się na kawę w jednej knajpce. Mój towarzysz okazał się dość sympatycznym, ale niezbyt atrakcyjnym facetem. Miły, dobrze ubrany, ale bez polotu. Jak bardzo pozory mylą - o tym się właśnie dowiecie...

Po 15 minutach całkiem fajnej rozmowy o różnych pierdołach, zapytał, czy jak wypijemy kawę, to skoczymy autem na wycieczkę po mieście. Odmówiłam, bo wydawało mi się to dość dziwną propozycją, a poza tym jednak staram się na takich randkach, dbać o swoje bezpieczeństwo. On przytaknął i dalej rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.

 Jednak kilka minut później usłyszałam coś, co zmieniło charakter tego spotkania:

-Od tego co Ci teraz powiem będzie zależało, jak potoczy się dalej cała nasza znajomość. Bo sprawa wygląda tak....

...że w Warszawie jest Monika, w Gdańsku Iza, we Wrocławiu Zuza,...

Doliczył do ośmiu. Wszystkie są jego dziewczynami. Oczywiście chodzi głównie o seks. On je zaspokaja, ale żadna z nich nie może liczyć na wyłączność. Wszystkie się znają, lubią, rozmawiają. Jest grafik, kiedy u której spędza czas (ma pracę polegającą na ciągłych wyjazdach - stąd ta rozbieżność miejsc). W naszym mieście są dwie, ale przez to, że widuje się z nimi częściej niż z innymi, to one się zakochują. Według niego właśnie te są najgorsze, bo wtedy zaczynają robić sceny i stawiają ultimatum, żeby zerwał z innymi. A on tak nie może, dlatego te dwie częściej się rotują niż inne. Właśnie ostatnio jedna z nich się zakochała, robi sceny, śledzi go i on musiał z nią zerwać, więc szuka kogoś na jej miejsce. Stąd też pytanie: czy ja nie chciałabym wejść na jej miejsce?

Warunki układu są super. Jedna z nich pracuje w koncernie farmaceutycznym, więc załatwia wszystkim tabletki antykoncepcyjne. Co 2-3 miesiące wszyscy się badają, ponieważ one też mają po kilku chłopaków. On zawsze ma ze sobą tabletkę "dzień po". Niebawem wszyscy razem jadą na wycieczkę w góry, więc jeśli bym się pisała na to, to mogłabym jechać z nimi! (wow! wycieczka!) Urlop też z każdą spędza, zatem niebawem z trzema z nich jedzie do Budapesztu, ale tam z żadną nie sypia, bo nie chce żadnej faworyzować (rzeczywiście dba o te dziewczyny!) Potem one jadą do domu, a do niego tam przyjeżdżają kolejne dwie, z którymi udaje się do Dubaju - tylko wtedy już będą sypiać we trójkę, bo one są bardziej wyluzowane.

Profity tej znajomości są duże. On gwarantuje satysfakcje seksualną. Dostosowuje się do kobiety. Zawsze wysłucha, doradzi, pomoże - będzie idealnym chłopakiem, zero kłótni o cokolwiek nawet o rzucanie brudnych skarpetek! Chłopak ideał - tylko, że zawsze będzie się tą jedną z kilku. Podobno, gdy jedna rezygnuje z tego układu, czasem poleca go koleżance - taki z niego świetny facet!

Jego plan na przyszłość zakłada dziesięć takich dziewczyn. Chociaż żalił się, że nie jest łatwo. One ciągle chcą seksu, a on czasem chciałby bez, bo jest już zmęczony tym. No, ale jako chłopak musi je zaspokajać - taki obowiązek, a żadna nie może być pokrzywdzona. Opowiadał również, że one między sobą rywalizują - o miano tej najlepszej, dlatego jak przyjeżdża do którejś, to ona mu gotuje, daje prezenty, pieniądze. Generalnie żyje jak król na utrzymaniu kilku kobiet.

Chłopak kazał mi przemyśleć temat, czy chce w to wejść. Ewentualnie, jeśli nie to zawsze mogę zostawić sobie jego numer i dzwonić w razie, gdyby mi mężczyzna był potrzebny - po koleżeńsku. On rozumie, że los samotnej kobiety jest ciężki. Powinnam mieć też na uwadze, że jeśli się nie zdecyduje szybko, to on w tym tygodniu ma jeszcze cztery takie spotkania.

Wysłuchałam tego wszystkiego, zastanawiając się czy to żart, czy ten dość nieatrakcyjny fizycznie mężczyzna, ustawił się na większość swojego życia. Jeśli nie ściemniał to zasługuje bezapelacyjnie na miano Króla Tindera!

Grażynka jednak nie należy do kobiet bogatych. Nie stać mnie na luksus w formie posiadania utrzymanka, więc ładnie podziękowałam za współpracę i udałam się do domu, próbując ogarnąć, co to mnie właśnie spotkało...

Czytaj dalej »

Dlaczego Cejrowski chodzi boso? - czyli na randce z Koksem

Koksa poznałam na portalu randkowym. Z zawodu kierowca, prywatnie miłośnik siłowni. Z pisania wydawał się być ciekawym człowiekiem. Chwilę pogadaliśmy, mieliśmy nawet się umówić, ale z dnia na dzień przestał się do mnie odzywać. No nic, i tak się zdarza... Tyle, że Koksu wrócił po dwóch miesiącach. Odezwał się do mnie: "Co tam? Jak tam?" Przyznam, że trochę mnie to zdziwiło, ale odpisałam. Moja ciekawość zwyciężyła. Koksu zaproponował kawę, więc się umówiliśmy.

Na żywo Koksu trochę mnie zaskoczył, ponieważ nie był aż tak przypakowany jak na zdjęciach (a z tego co opowiadał większość czasu spędzał na siłce), a w dodatku nie miał połowy jednego przedniego zęba, co skrzętnie ukrywał na wszystkich swoich fotkach. Możliwe, że stracił go na wojnie albo w innej ważnej walce o honor jakiejś księżniczki.

W każdym razie poszliśmy na kawę do jednej z kawiarni. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy "rozmowę". Koksu opowiedział jak wygląda typowy dzień na siłce. Kiedy robi się rozgrzewkę, co to martwy ciąg i jak ćwiczy swojego bicka. Ja poprzytakiwałam, bo aż tak na siłownianych tematach się nie znam. A jak się okazało oprócz siłowni z Koksem nie było o czym rozmawiać. Ożywiał się tylko na wspomnienie o tym. Więc rowerki, bieżnia, ciężary....

Szukając tematów do rozmowy powiedziałam, że ja sporo czytam i zapytałam, czy on coś czyta? Odpowiedział, że tak, gazety. Książki nie są dla niego. Chociaż raz zmusił się do przeczytania jednej. Cejrowskiego. I była super. Postanowiłam podrążyć ten temat (w końcu może jakiś wspólny!) i zapytałam:

-To co, ciekawego się dowiedziałeś z tej książki?

Na co Koksu odpowiedział:

-A to wiesz.. różne ciekawe rzeczy tam były. Bardzo ciekawa książka. Można poczytać, coś ciekawego się dowiedzieć, bo tam ciekawostki różne były opisane. Bardzo ciekawe.

Zapytałam:

-Ale co na przykład ciekawego się dowiedziałeś?

Więc Koksu zaskoczył mnie ciekawostką:

-No na przykład nie wiem czy wiesz, że są na świecie takie plemiona, które żyją zupełnie inaczej niż my. Nie mają prądu, gazu, bieżącej wody. I takie plemiona istnieją. Serio! I Cejrowski pisze właśnie o takich plemionach. I to jest ciekawe. Bardzo ciekawa książka.

Nie umiałam skomentować tej wypowiedzi, więc zmieniłam temat. Zapytałam Koksa, czemu kiedyś pisał ze mną, a potem przestał się odzywać, po czym teraz powrócił. Odpowiedział, że nie będzie ukrywał (plus za szczerość), że kogoś poznał, ale ta relacja nie wyszła. W ciągu tych ostatnich dwóch miesięcy milczenia, wyjechał z tą kobietą na wakacje na Teneryfę. Ale z tego co opowiadał: to straszna kobieta była! No, bo na przykład jak mieli jechać na wakacje to ona się przeziębiła. I na tej Teneryfie marudziła, że źle się czuje, że chce poleżeć w hotelu, a nie na plaży. Wyobrażacie to sobie? Na Teneryfie?!  On też sobie tego nie wyobrażał i jej powiedział: "Kobieto, jesteś na Teneryfie, więc nie marudź!" - ale ona dalej marudziła i źle się czuła... A po powrocie nie było lepiej. Podobno czasem po pracy dzwoniła do niego i żaliła się na swojego szefa albo, że ma zły dzień. A on nie rozumiał po co ona do niego dzwoni, takie pierdoły mu opowiadać. Kobiety nie powinny marudzić - taka zasada Koksa.

To też ciężko mi było skomentować, więc uczepiłam się Teneryfy. Pomyślałam, że może tutaj znajdziemy z Koksem jakiś (chociaż jeden) temat do rozmowy. Powiedziałam, że ja nie byłam nigdy na Teneryfie i żeby opowiedział jak tam jest. Co ciekawego widział i czy coś zwiedził. Koksu odpowiedział:

-A to różne ciekawe tam rzeczy są. Naprawdę warto jechać i zobaczyć. Super tam jest. Dużo ciekawych miejsc. Można pooglądać, pozwiedzać. Naprawdę ciekawie. Super!

Zatem dowiedziałam się, że Teneryfa jest warta odwiedzenia i bardzo ciekawa - zawsze coś! W zasadzie oprócz Teneryfy, Cejrowskiego oraz siłowni nie mieliśmy o czym rozmawiać. To były jedyne wątki w tej rozmowie, które jakoś się potoczyły, bo każdy inny temat nie dał się posklejać. Zatem ta randka skończyła się szybko i przy obopólnym wypaleniu.

Pożegnaliśmy się ładnie z Koksem, życząc sobie wzajemnie powodzenia w szukaniu miłości i każde poszło do swojego świata. On pewnie na siłkę, a ja do domu trochę pomarudzić, że to nie ja widziałam te ciekawe rzeczy na Teneryfie z Koksem. Tylko żal mi trochę Cejrowskiego. Nie czytam za bardzo jego książek, ale jeśli ich przekaz jest taki, że niektórzy ludzie na świecie żyją inaczej niż my - to wcale nie dziwię się, że nie stać go na buty...




Czytaj dalej »

Mateo, czyli zagadka podwójnego mężczyzny

Dziś odpowiem Wam o Mateo. Poznałam go na portalu randkowym. Pisaliśmy ze sobą długo, zanim doszło do spotkania. Rozmowa przez internet kleiła się, a Mateo wydawał się być naprawdę świetnym facetem. Starszy o rok, poukładany, z konkretnymi planami na przyszłość. W końcu umówiliśmy się na randkę.

Gdy na nią dotarłam, Mateo przywitał mnie piękna białą różą i wybraliśmy się na kawę. Mateo zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Kulturalny, wygadany, wesoły. Cała randka przebiegała lekko, fajnie i przyjemnie. Dużo rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czas leciał tak szybko, że aż żal było się rozstawać. Naprawdę, po tej randce myślałam, że spotkałam fajnego faceta, z którym rzeczywiście chciałabym utrzymywać kontakt. Wreszcie strzał w dychę! Jak bardzo się myliłam - o tym Wam teraz opowiem.

Wszystko zaczęło się tuż po randce. Mateo napisał do mnie wiadomość, że dawno nie poznał takiej fajnej dziewczyny jak ja (ja, Grażynka, fajna!) i generalnie chciałby kontynuować tą znajomość (yes, yes, yes!). Ja również odpisałam mu, że bawiłam się wyśmienicie i mam nadzieję, że niebawem jeszcze się spotkamy.

Na następny dzień dostałam od Mateo wiadomość, w której zakomunikował mi, że blokuje konto na portalu randkowym, bo już ma dość randkowania, a skoro poznał mnie, taką fajną dziewczynę, to chciałby na tej znajomości się skupić. Ja przytaknęłam i zrobiło mi się miło, że facet pisze mi takie rzeczy. Z ciekawości nawet sprawdziłam i rzeczywiście, Mateo zablokował swoje konto randkowe! No to jestem farciara. Fajny facet, zainteresowany i skupia się na znajomości ze mną. Brawo ja!

Na następny dzień weszłam ponownie na portal randkowy i ku mojemu zdziwieniu, przy profilu Mateo wyświetlił mi się zielony znaczek "online". Jak się okazało, Mateo w przeciągu ostatnich kilku godzin, odblokował swoje konto. Trochę mnie to zdziwiło, bo po uroczystym komunikacie, że on kończy z portalami i skupia się na mnie, nagle 24h później jednak na nie wraca. Wtf? No ale nic...

W ten sam dzień dostałam od Mateo wiadomość: "Hej! Co tam u Ciebie? Jak mija dzień?". Uradowana odpisałam mu co i jak, i nagle po chwili dostałam odpowiedź: "No cześć! Fajnie, że piszesz. U mnie wszystko w porządku. A co u Ciebie?". Kolejne wtf? To ja odpisałam, czy pisałam do niego? Po tej wiadomości zaczęłam się zastanawiać: ilu jest tych Mateo? Jeden usuwa profil, drugi nie. Jeden do mnie pisze, drugi myśli, że to ja do niego piszę? Może to jakaś pomyłka, a może Grażynek też jest więcej? Wiem, cieszylibyście się z tego, ale Grażynka jest tylko jedna, więc to może Mateo jest więcej?

W kolejne dni wymieniałam z nim wiadomości. Z którym z dwóch Mateo? Różnie to bywało. Jeden mi pisał, że jestem super, że chciałby mieć taką dziewczynę jak ja i że się zaangażował w tę znajomość. Gdy ja mu na to odpowiadałam coś w stylu: przecież dopiero się poznajemy i zobaczymy co będzie, to z kolei drugi Mateo pisał mi, że powinnam bardziej na luzie do tego podchodzić i o co mi w ogóle chodzi z tym angażowaniem? Wtf? Jeden Mateo z sercem na dłoni, romantyk, strasznie otwarty, a drugi Mateo na luzie, nic ode mnie nie chce, a ja za dużo sobie wyobrażam. Coraz częściej bałam się mu cokolwiek napisać.

Kulminacyjny moment nastąpił jednak, gdy umówiliśmy się na drugą randkę. Przed nią Mateo napisał do mnie, że ma taką pracę, w której musi mieszkać w dwóch miejscach. Część tygodnia spędzał w naszym mieście, a na część tygodnia musiał wyjechać do innego (czyli jeden Mateo mieszka tu, drugi tam - to by potwierdzało teorię, że jest ich dwóch). Zapytał, jak ja to widzę, czy nie przeszkadza mi teraz taki związek na odległość? Byłam w szoku, gdy usłyszałam słowo "związek", dlatego napisałam mu, że: "no zobaczymy jak to będzie". I tutaj przesadziłam....

Mateo odpisał mi dość chamsko, że on nienawidzi ludzi, który mówią, że "zobaczymy", bo to znaczy, że ja podchodzę do tematu niepoważnie! I go olewam! Odpisałam, że przecież my się mało znamy, żeby o "związku" mówić i jeśli nam wyjdzie "spotykanie się", to wtedy będziemy rozmawiać o tym. Na co dostałam odpowiedź:

"Dziewczyno, o czym Ty mówisz? Jaki związek? Chyba za dużo sobie wyobrażasz! Ledwo się znamy, a Ty już o związkach mówisz. Jesteś nienormalna!"

Po tej wiadomości dodał jeszcze, że kolejna randka jest odwołana i on kończy tę znajomość, bo z taką wariatką, która wyobraża sobie nie wiadomo co i wrabia go w związki po jednej randce, on się umawiać nie będzie. Nie wiem któremu Mateo, ale odpowiedziałam na to:

"To papa".

I tak zakończyła się ta znajomość. Do dziś nie mam pojęcia, ilu było tych Mateo w jednym Mateo. Przysięgam, na randkę przyszedł tylko jeden! Tym mnie zmylił....


Czytaj dalej »

Jak długo żyje świnka morska? - czyli historia jednej znajomości...

Tym razem nie będzie to randka. Opowiem Wam historię jednej krótkiej znajomości.

Zaczęło się od tego, że wybrałam się z koleżanką na szybkie randki. Około 10 rozmów, każda po 5 min i tak poznałam jego. Spodobał mi się od razu. Wygadany, ładnie ubrany, przystojny. Umówiliśmy się na randkę.

Pierwsze randki bywają różne, ale ta na początku była wyjątkowo fajna. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Czas upływał miło, aż do momentu, gdy zaczęliśmy rozmawiać o zwierzętach. I wtedy usłyszałam historię, jak to Mój Randkowy Towarzysz miał kiedyś rybki. Po pewnym czasie znudziły mu się one, więc postanowił pozbyć się ich, spuszczając je żywe w toalecie. Oburzyło mnie to trochę, ale on wyjaśnił mi, że przecież w toalecie jest woda. A woda to naturalne środowisko rybek, także wróciły one szczęśliwie do swojego domu. No cóż, nie znam się za bardzo na psychice rybek i ich podróżach, ale staram się wierzyć, że były szczęśliwe i trafiły do lepszego świata...

Jako, że jestem właścicielką świnki morskiej, po historii o rybkach opowiedziałam mu o swoim zwierzątku. Wtedy usłyszałam pytanie:

-Ale po co Ci "TO"?

Trudne pytanie, więc odpowiedziałam, że lubię zwierzęta, że chciałam mieć takie, że spełniłam swoje "marzenie", że jestem zadowolona z tej decyzji... I tak produkowałam się podczas tej wypowiedzi, aż tu nagle kolejne pytanie, chyba jeszcze trudniejsze:

- Ile "TO" w ogóle jeszcze będzie żyć? Bo ja nie chciałbym mieć czegoś takiego nigdy w mieszkaniu!

Nie zrozumcie mnie źle. Każdy ma prawo lubić zwierzęta lub nie. Lubić świnki lub nie, ale jeśli osoba z którą jesteście na randce ma jakieś, to nazwanie jej zwierzęcia per "TO" lub zapytanie kiedy ono umrze, uważam za totalny nietakt. Po usłyszeniu tego zdania zrozumiałam, że mój rozmówca już umieszcza mnie w naszej wspólnej przyszłości, bo skoro mówimy o problemach ze wspólnym mieszkaniem z moją świnką - to już nie są żarty! No nic, może do tego czasu świnka akurat zdechnie. To nieważne. Ważne, że chłop już widzi nas razem w mieszkaniu! Love and married! Brawo ja!

Rozmawialiśmy dalej o mojej śwince, więc opowiedziałam mu, że ona czasem dość głośno piszczy, jak nie dostanie takiego jedzenia jakby chciała. I wtedy znowu usłyszałam ciekawą myśl:

-No ale skoro tak piszczy, to weź klatkę i zanieś tę świnkę do łazienki albo na balkon i tam zostaw i zamknij. Nie będziesz tego musiała słuchać...

Przyznam, że po tym stwierdzeniu to z kolei, moja głowa umieściła tego mężczyznę we wspólnej przyszłości. A uwierzcie ta wizja była przerażająca! Już widziałam jak karmi moją świnką trutką, żeby szybciej zdechła, albo co gorsza spuszcza ją w toalecie! Zobaczyłam też jego w roli ojca, który płaczące dziecko zamyka na balkonie, żeby nie przeszkadzało... No dobra...nie ma co jednak ulegać wizji, więc postanowiłam, że wybiorę się z nim jeszcze na jedną randkę i zobaczę co będzie.

Druga randka. Poszliśmy na drinka. Było całkiem sympatycznie dopóki dwadzieścia razy nie usłyszałam, że dziś idziemy na "balety" na miasto i "zabawimy się". Dwadzieścia razy odmówiłam, mówiąc, że nie bardzo widzę siebie na randce w dyskotece, więc dwudziesty pierwszy raz on zaproponował, że skoro tak, to jedziemy do jego mieszkania, oglądać film. Ja jednak też odmówiłam, więc wedle poprzedniego planu siedzieliśmy w knajpce i drinkowaliśmy. Tu doszły kolejne ciężkie tematy, bo okazało się że mój towarzysz jest zagorzałym homofobem. Zadeklarował mi wprost, że jeśli by miał syna geja, to by go wydziedziczył, okaleczył, wyrzucił z domu i w ogóle zrzekł. Dość szybko poszło nam to planowanie przyszłości, a przed moimi oczami ukazała się kolejna przerażająca wizja. Także taka rozmowa i ciągle te "trudne sprawy".

Było już dość późno, gdy zaczęliśmy się zbierać do domu. Zapytał, czy mnie nie odprowadzić, a ja grzecznie odmówiłam, mówiąc, że nie trzeba, jakoś dam sobie radę. Na co on przytaknął, rzucił szybkie "cześć" i poszedł w swoją stronę.

Mniej więcej godzinę później dostałam od niego sms, w którym miał do mnie pretensje o to, że nie pozwoliłam się odprowadzić. Bardzo był zdziwiony moim zachowaniem, że sama chcę wracać po nocach mimo niebezpieczeństw, które czyhają po drodze i że skoro tak robię to znaczy, że nie chcę się angażować i uciekam przed "miłością".

Wtf?

Przyznam, że trochę byłam zdziwiona tymi wnioskami i tym, dokąd zmierza ta znajomość, a także tym, o co w tym wszystkim chodzi. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby jakiś mężczyzna miał do mnie pretensje o to, że mnie nie odprowadził. Zawsze grzecznościowo odmawiam, gdy słyszę takie pytanie, a mimo to, prawie zawsze jestem odprowadzana, a jeśli już nawet nie, to nigdy nie słyszałam żadnych pretensji. Chyba tym razem Grażynka jednak nawaliła i obraziła chłopaka. Może powinnam przeprosić?

Mimo wszystko chłopak pisał do mnie od tego czasu regularnie, non stop, kilka razy dziennie, a jeśli nie odpisałam mu na sms w przeciągu kilku godzin to dostawałam następnego z upomnieniem, że nie odpisałam i czemu, i że powinnam się bardziej angażować i generalnie czemu ja taka jestem?!

Początkowo zapowiadało się fajnie, ale im dalej w las, tym bardziej nie rozumiałam tego chłopaka, dlatego zrezygnowałam z kontynuowania tej znajomości.

To nie był Mój Janusz, świnka przeżyje.

Czytaj dalej »

"A następne Ty stawiasz!" - czyli na randce z Marem

Poznałam Mara na portalu randkowym. Z Marem fajnie się pisało. Był zabawny, łapał żarty w lot. Można było pogadać o wszystkim i o niczym. W dwóch słowach: fajny chłopak. Tak myślałam, aż do momentu naszego spotkania.

Maro nie pracował. A raczej pracował kilka dni w miesiącu, ale też nie w każdym. Zajmował się nagłośnieniem na różnych koncertach i eventach. Jego pomysł na życie opierał się na tym, aby pracować jak najmniej, zarabiać jak najwięcej i łączyć pracę z imprezami, które bardzo lubił. Częste leczenie kaca wykluczało stałą pracę. Trzeba przyznać - plan spoko, no i w trakcie realizacji.

Umówiliśmy się po kilku dniach internetowych rozmów. Mieliśmy spotkać się na mieście i razem iść do wybranej przez nas knajpki. Gdy dotarłam na spotkanie, wymieniliśmy z Marem uprzejme "cześć-cześć". No i ruszyliśmy. Maro szedł tak szybko, że w zasadzie jego jeden krok równał się moje dwa. Aby nie zostać aż tak bardzo w tyle, hasałam za nim niczym sarenka na łące. Niepotrzebnie zdecydowałam się na buty na koturnie, nie ułatwiało mi to dreptania za nim. No, ale cóż - moja wina, moja bardzo wielka wina....

I tak, idziemy. Pędzimy. Maro milczy. No to ja zagaduje: "Co tam, jak tam?" Maro odpowiada: "A spoko". I cisza. No to ja dalej próbuję zagadać, pytam: czy w tym tygodniu pracował? Czy miał jakiś event? Na co Maro odpowiedział: "Nie". No i cisza. Tak mkniemy i mkniemy. W milczeniu, przerywanym moimi pytaniami, na które odpowiedź Mara brzmiała przeważnie: "tak/nie". Totalnie rozmowa się nie kleiła, ale dotarliśmy do miejsca, gdzie knajp było bez liku.

Może tu będzie lepiej - taką miałam nadzieję.

Mijamy jedną knajpkę, więc wskazując na nią pytam Mara, czy wejdziemy? Maro odpowiedział, że nie, bo on już wybrał miejsce i to nie to. Zatem mkniemy dalej - nieustraszony Maro i ja, truchtająca za nim sarenka Grażynka, wciąż o dwa kroki w tyle za nim. W końcu znaleźliśmy to miejsce. Maro mówi, że to tutaj sobie siądziemy w środku na piwko.

Są drzwi, więc wchodzę do środka, ale Maro w tym samym momencie też to zrobił. Zatem wpadliśmy z łomotem na siebie w tych drzwiach. Mój błąd - nie pomyślałam, że powinnam wejść jako druga, skoro to Maro wybrał knajpę. Chciałam naprawić sytuację, więc wycofałam się z tych drzwi i kulturalnie przepuszczając Mara, powiedziałam: "Proszę". Maro odpowiedział: "Dzięki" i wszedł. Udał się od razu do baru, więc ja potruchtałam za nim. Kiedy staliśmy przy ladzie, rozegrała się scenka, która na długo pozostanie w mojej pamięci:

Barman: Co podać?
Maro: Dwa piwa
Barman: Jasne czy ciemne?
Maro: Jasne
Barman: Jakie? (wskazując na listę)
Maro: Te (wskazując konkretny rodzaj)
Barman: Z sokiem?
Maro: Bez

Stałam obok, nie bardzo wiedząc co tu się dzieję. No, bo lubię ciemne piwo. A jeśli jasne, to tylko z sokiem. Sytuacja rozegrała się jednak, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Barman podał piwa i powiedział, ile mamy zapłacić. Na co Maro zapłacił, po czym figlarnie dodał do mnie, mrugając oczkiem:

- A następne Ty stawiasz!

Ja przytaknęłam, nadal trochę zszokowana całą tą sytuacją i ruszyłam w stronę stolika, ale Maro powiedział:

-Nie tutaj, usiądziemy tam na zewnątrz. Tamten stolik wybrałem.

Więc znowu przytaknęłam i podążyłam za Marem. Posiedzieliśmy, posączyliśmy piwko. I po 20 minutach już wiedziałam, że następnego nie będzie. Maro nie mówił nic. A ja totalnie nie wiedziałam co mówić i co robić, więc zadawałam już naprawdę głupie pytania w stylu: a masz rodzeństwo/psa/kota/cokolwiek? Na co Maro odpowiadał: tak/nie. No więc taka rozmowa...

W połowie piwa już nie wytrzymałam i postanowiłam zakończyć tę randkę. Ani z Marem nie dało się pogadać, ani piwka, którego nie lubię, nie miałam ochoty pić. Popatrzyłam na zegarek, mówiąc, że jest już strasznie późno (godzina 18:00) i muszę już pilnie iść, bo mam tyle rzeczy na głowie (żelazko włączone, mleko na gazie...). Maro przytaknął, a że byliśmy w miejscu którego totalnie nie kojarzyłam, zapytałam go jak dotrę w konkretną lokalizację, a on machnął mi ręką, że "o tam". Więc powiedziałam, że idę w to "o tam", żegnając się tylko przelotnym: "Cześć, miło było poznać". Maro przytaknął i na tym zakończyła się ta randka.

Trochę żałuję jednak, że nie kupiłam tego następnego piwka Marowi. Na pewno byłoby ciemne, z pięcioma sokami i milionem rurek!

Czytaj dalej »

Camilla, niezbyt szczupła księżniczka

Robiłam ostatnio zakupy w pobliskim Carrefourze. Przechodząc obok półek sklepowych, zauważyłam wyprzedaż książek. I tu przeżyłam mały szok! Moją uwagę zwróciła bowiem jedna książka, która stała się inspiracją do napisania tego posta:



"Camilla, niezbyt szczupła księżniczka"

To bajka dla dzieci. Jako, że Camilla nie jest szczupłą księżniczką dlatego autorzy okładki postanowili ją ukazać w otoczeniu zabawnych, różowych świnek. Nie wiem jak wy, ale ja nie znam innej bajki, w której księżniczka pięknie prezentuje się na okładce ze świniami. No, ale może stąd się wzięło powiedzenie "tłusta jak świnia"- od niezbyt szczupłej księżniczki Camilli.
Pomysł samego tytułu też powala, bo przecież to bardzo ważne. Może trzeba pozmieniać też inne tytuły na Chudy Kopciuszek, Szczupła Królewna Śnieżka i Śpiąca Królewna o idealnej figurze.

No dobra, nie oceniamy książki po okładce. Oceńmy jej treść:


"Pewnego dnia król państwa Korkowodo zdecydował, że nadszedł moment, by jego jedyny syn, Kuskus, znalazł sobie żonę.
-W sąsiednim królestwie Kolombonii mieszkają trzy księżniczki - powiedział do syna. - Musisz wybrać jedną z nich za żonę. aby nasze rodziny się połączyły"

Książę Kuskus? To stąd wzięła się ta kasza?

"Georgina była cienka jak gałązka. Bardzo mało jadła, bo uważała, że szczupła sylwetka jest synonimem piękna. Spędzała więcej czasu na huśtawce niż z przyjaciółkami."

Chwila, chwila.... to z przyjaciółkami nie chodzi się właśnie na huśtawki?

"Melissa była wysoka i chuda jak patyk. Ciągle się gimnastykowała, a ponieważ szczupłość oznaczała dla niej piękno, spędzała więcej czasu w fitness clubie niż z przyjaciółkami"

Wtf? Serio? Królewicz, ręka księżniczki itd i fitness club?! Chyba coś te inne bajki przed nami zataiły. Pewnie Śnieżka chodziła na crossfit, a Kopciuszek na zumbę.

"No i była Camilla. Camilla była pulchna i miała okrągłą buzię. Była miła i bardzo inteligentna, a poza tym kochała zwierzęta i jadła wszystko na co miała ochotę. Nie miała zastrzeżeń co do swojego wyglądu, za to lubiła spędzać czas z przyjaciółkami i przyjaciółkami przyjaciółek."

Nawet nie wiem jak skomentować ten fragment. Czyli jak gruba to mądra i miła, a jak chuda to charakter ma paskudny i pewnie w dodatku głupia. Czy to nie jest popadanie ze skrajności w skrajność? Czy to, że kobieta dba o siebie i chce być szczupła, od razu robi z niej wredną i chamską?

"Każdego ranka Georgina i Melissa ważyły się z satysfakcją, spoglądając z lekkim niesmakiem na krągłą postać Camilli, szeptały:
-Spójrz na te kulkę tłuszczu, która nie mieści się w T-shircie! Mogłaby wreszcie przejść na dietę. Nie chciałabym znaleźć się na miejscu jej konia!"

Ale te księżniczki zwariowane. Chodzą w T-shirtach ale poruszają się na koniu... kto to ogarnie?

"Kiedy księżę Kuskus poznał księżniczki, nie wiedział, którą wybrać, zaproponował więc konkurs.
-Pojmę za żonę tę, która zrobi najpiękniejszy latawiec."

Przypomina to trochę fabułę "Kto poślubi mojego syna"! Jest konkurs, jest rywalizacja, a która z nich wygra, ta dostanie męża. No dziewczyny, musicie się postarać o faceta, nie ma lekko. Go girls!

"Georgina i Melissa natychmiast wzięły się do pracy i wkrótce zrobiły wielkie, bardzo kolorowe latawce, z długimi różnobarwnymi wstążkami. Camilla zrobiła mały, zwykły, żółty. Rozpoczęły się zawody, Latawce Georginy i Melissy poszybowały wysoko w niebo, wywijając skomplikowane ewolucje na oczach zachwyconej publiczności. Latawiec Camilii wzniósł się szybko do nieba i zastygł w miejscu, nie wykonując ewolucji. Nagle zerwał się silny wiatr, który zmienił się w huragan. Georgina i Melissa ze wszystkich sił starały się zapanować nad swoimi latawcami, ale silne podmuchy poderwały je w górę. Obie siostry mocno trzymały sznurki latawców, ale były tak lekkie, że wiatr je porwał i poniósł daleko, aż zniknęły z oczu. Kiedy wichura się uciszyła, okazało się, że na ziemi została tylko Camilla, która była wystarczająco ciężka, by stawić czoło wiatrowi. Z dumą trzymała swój latawiec w dłoniach. Książę Kuskus podszedł do niej, wziął ją za rękę i poprowadził do królestwa Korkowodo, gdzie wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie"

Jaki morał z tej bajki? Grubi ludzie są za ciężcy, aby wiatr ich porwał? Książę ogłosił konkurs na najpiękniejszy latawiec i mimo, że obie szczupłe siostry bardzo się postarały i odpicowały swoje latawce, to i tak wygrał najbrzydszy, zwykły Camilli. Czy to że Camilla jest "niezbyt szczupła" oznacza, że powinna mniej się starać i mieć wy*ebane na latawiec i zrobić go byle jak? A później wygrać, bo tak się zdarzyło, że przyszła wichura, i Camilla była za ciężka, aby ją porwać?

Patrząc na całą treść tej bajki, można wywnioskować, że grubi ludzie są niechlujni i generalnie mało się starają. Ale najważniejsze, że wiatr nie daje im rady. Książę musiał wybrać Camillę, nie dlatego, że miała fajny charakter albo że podobały mu się jej krągłości, tylko dlatego, że pozostałe siostry po prostu porwał wiatr...

Może idea bajki była dobra. Może puenta miała być inna. Pewnie zamysł był taki, aby pokazać małym dziewczynkom, że nawet księżniczka może być grubsza. Jednak całość, która powstała, pozostawia wiele do życzenia. Chude to wredne i głupie, jak wyjść za mąż to trzeba rywalizować z innymi kobietami, jak gruba to może nie dbać o estetykę, a jak konkurs na ładną pracę to można odwalić manianę a, i tak wygrać - czy na pewno takie wartości chcemy przekazywać temu młodemu pokoleniu?

Na tym kończę ten post i idę na zewnątrz, bo będzie wichura, a chcę zobaczyć czy jestem wystarczająco ciężka, aby stawić czoło wiatrowi.

Pozdrawiam,
Grażyna

ps. Jeszcze pokażę Wam obrazek kończący tą bajkę. I pozostawię go bez komentarza.
























Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia